24.05.2026, 08:26 ✶
Crow otworzył usta, żeby go zaczepić mocniej: chciał rzucić czymś w stylu „mokry już jesteś”, ale że szczególnie charyzmatycznym człowiekiem nie był, to zanim się zebrał w sobie na to wtrącenie, Zenek już kontynuował. I tak się złożyło, że momentalnie to gębę Crowa zamknęło. Rzadko go coś takiego przerastało, ale nie miał pojęcia po jak cienkim lodzie właśnie stąpał. Przyszedł tutaj, bo chciał uczynić go na powrót częścią swojego życia, a nie po to, żeby znów funkcjonować jako czyjś dodatek na granicy snu. Tak wielu ludzi obiecywało mu gruszki na wierzbie, a zatoczył koło i znów skończył jako metresa. O ile w ogóle mógł nazwać się metresą, skoro przyszła żona Laurenta mogła go wyprzeć z New Forest i przejąć to wszystko co tam zbudował, ukraść mu nawet jego kapcie. I tak w sumie, to może wcale nie skończył. Sam nie był pewien tego, ile mu dni zostało u boku pana domu. Lubił sobie myśleć, że to było miłe ze strony Laurenta, że mu kupił biurko i rzeczy do rysowania. I że się nie wściekał i nie bił go, ale… takie rzeczy szybko się kończyły. Chyba tylko ta trójka głupków, o czym i on i Zenon myśleli teraz zawzięcie, trzymała się go od lat.
Kiedy Zenek się od niego odsunął, Crow przymknął na moment wymęczone oczy. Słuchał go, ale napięcie w jego ciele narastało i słowa powoli zagłuszał głośny szum przeplatany dudnieniem w uszach. Chciałby mu powiedzieć, że się rozsypuje, ale przecież nie mógł tego zrobić. Chciałby mu też powiedzieć, że tęsknił, ale nie potrafił tego z siebie wydusić, bo to przecież on i tylko on zadecydował o wszystkim co między nimi było i czego pomiędzy nimi nie było – zabrał im te trzy lata istniejąc w skupieniu wyłącznie na sobie. Dopiero kiedy czując lądującą obok koszulkę otworzył oczy, to do niego dotarło, że w żaden sposób nie zareagował na zadane mu pytanie. Nie drgnął nawet, o werbalnym komentarzu Zenek mógł śnić. Wciąż się jednak nie odzywał – dopiero uderzenie metalowych okuć o deski przywróciło go z jego własnej głowy do rzeczywistości.
Wtedy wstał. Z sercem dudniącym jak bęben, z kosmatymi myślami, zrobił dwa kroki do przodu i ściągnął buty, odsłaniając całkowicie gołe stopy. Układania rzeczy z sensem w zasadach nie było, wkopał więc i buty i kurtkę pod łóżko Zenka, dokładając do tego nóż do tej pory umieszczony w pokrowcu przyczepionym do uda.
Przybyło mu przez te trzy lata sporo nacięć na ciele i ze dwa tatuaże na lewym przedramieniu, ale wciąż wyglądał jak on. Stał tak, w idiotycznie obcisłych spodniach i krótkiej koszulce w mugolskim stylu, odsłaniającej niemal cały umięśniony brzuch. Jego spojrzenie spoczywało na kaktusie. W ciszy przerywanej tylko swoim niespokojnym oddechem, wrócił do łóżka, żeby się nad nim pochylić.
Jedna z jego rąk sięgnęła w kierunku okiennicy. Pstryknął palcami, żeby ta zamknęła się sama, a następnie machnął drugą z rąk i leżąca na podłodze, ta jeszcze mokra koszulka popędziła w jego kierunku. Chwycił ją, poklepał Zenka po kolanach i ramieniu, żeby opuścił nogi w dół i pochylił się do przodu. Nóż, którego zamierzał użyć przypięty był do paska. Wpierw jednak, zanim faktycznie mu tego kaktusa z głowy wyciął, użył tego mokrego ubrania, żeby go w miarę szczelnie owinąć. Rzucił to zawiniątko, tak samo jak wszystko inne, na podłogę, ale nie wkopał go pod łóżko. Tak przygotowany mógł przysunąć się bliżej i przeszedł do czegoś, co z góry uznał za zdecydowanie trudniejsze – wycinania resztek i usuwania korzeni oplątanych wokół kosmyków włosów. To była praca żmudna i ciężka, bo miał problemy ze wzrokiem, ale uczynił to w sposób delikatny, co jakiś czas przeczesując całość szorstkimi palcami. Nie wierzył, że zrobił to dokładnie, ale trudno – po prostu jutro typ umyje głowę drugi raz.
– Rano muszę wracać – zapowiedział od razu. – Przyszedłem tylko do ciebie, chociaż na chwilę, żeby cię zobaczyć. – Przyznając to czuł się, jakby tę tęsknotę już w tym zawarł. Nie dodał więc nic poza tym, zamiast tego skupił się na wytarciu ostrza o swoją koszulkę przed wsadzeniem go do jego pokrowca. Pasek, do którego ten pokrowiec był przyczepiony, miał jednak w jego głowie to samo miejsce docelowe co reszta żelastwa – zaczął go rozpinać, żeby tak jak resztę wrzucić go pod łóżko. – M-mogę przychodzić częściej.
Kiedy Zenek się od niego odsunął, Crow przymknął na moment wymęczone oczy. Słuchał go, ale napięcie w jego ciele narastało i słowa powoli zagłuszał głośny szum przeplatany dudnieniem w uszach. Chciałby mu powiedzieć, że się rozsypuje, ale przecież nie mógł tego zrobić. Chciałby mu też powiedzieć, że tęsknił, ale nie potrafił tego z siebie wydusić, bo to przecież on i tylko on zadecydował o wszystkim co między nimi było i czego pomiędzy nimi nie było – zabrał im te trzy lata istniejąc w skupieniu wyłącznie na sobie. Dopiero kiedy czując lądującą obok koszulkę otworzył oczy, to do niego dotarło, że w żaden sposób nie zareagował na zadane mu pytanie. Nie drgnął nawet, o werbalnym komentarzu Zenek mógł śnić. Wciąż się jednak nie odzywał – dopiero uderzenie metalowych okuć o deski przywróciło go z jego własnej głowy do rzeczywistości.
Wtedy wstał. Z sercem dudniącym jak bęben, z kosmatymi myślami, zrobił dwa kroki do przodu i ściągnął buty, odsłaniając całkowicie gołe stopy. Układania rzeczy z sensem w zasadach nie było, wkopał więc i buty i kurtkę pod łóżko Zenka, dokładając do tego nóż do tej pory umieszczony w pokrowcu przyczepionym do uda.
Przybyło mu przez te trzy lata sporo nacięć na ciele i ze dwa tatuaże na lewym przedramieniu, ale wciąż wyglądał jak on. Stał tak, w idiotycznie obcisłych spodniach i krótkiej koszulce w mugolskim stylu, odsłaniającej niemal cały umięśniony brzuch. Jego spojrzenie spoczywało na kaktusie. W ciszy przerywanej tylko swoim niespokojnym oddechem, wrócił do łóżka, żeby się nad nim pochylić.
Jedna z jego rąk sięgnęła w kierunku okiennicy. Pstryknął palcami, żeby ta zamknęła się sama, a następnie machnął drugą z rąk i leżąca na podłodze, ta jeszcze mokra koszulka popędziła w jego kierunku. Chwycił ją, poklepał Zenka po kolanach i ramieniu, żeby opuścił nogi w dół i pochylił się do przodu. Nóż, którego zamierzał użyć przypięty był do paska. Wpierw jednak, zanim faktycznie mu tego kaktusa z głowy wyciął, użył tego mokrego ubrania, żeby go w miarę szczelnie owinąć. Rzucił to zawiniątko, tak samo jak wszystko inne, na podłogę, ale nie wkopał go pod łóżko. Tak przygotowany mógł przysunąć się bliżej i przeszedł do czegoś, co z góry uznał za zdecydowanie trudniejsze – wycinania resztek i usuwania korzeni oplątanych wokół kosmyków włosów. To była praca żmudna i ciężka, bo miał problemy ze wzrokiem, ale uczynił to w sposób delikatny, co jakiś czas przeczesując całość szorstkimi palcami. Nie wierzył, że zrobił to dokładnie, ale trudno – po prostu jutro typ umyje głowę drugi raz.
– Rano muszę wracać – zapowiedział od razu. – Przyszedłem tylko do ciebie, chociaż na chwilę, żeby cię zobaczyć. – Przyznając to czuł się, jakby tę tęsknotę już w tym zawarł. Nie dodał więc nic poza tym, zamiast tego skupił się na wytarciu ostrza o swoją koszulkę przed wsadzeniem go do jego pokrowca. Pasek, do którego ten pokrowiec był przyczepiony, miał jednak w jego głowie to samo miejsce docelowe co reszta żelastwa – zaczął go rozpinać, żeby tak jak resztę wrzucić go pod łóżko. – M-mogę przychodzić częściej.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.