24.05.2026, 18:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.05.2026, 15:43 przez Zenon Kozioł.)
Po którejś regule z kolei zamilkł i zerknął w bok. Crow sobie… siedział i mniej więcej na tym kończyło się Zenkowe rozumienie sprawy. Trudne, no trudne. No bo w sumie to Zenek mógł być nawet całkiem zły. Tylko że przez pierwszy rok to było bardziej takie: że nie miał gdzie tego Crowa ułożyć. Myśli nie dało się odłożyć na półkę. Na przykład budził się rano, schodził do kuchni i myślał: o, nóż. A bym sobie popatrzył jak Crow rzuca nożami. Ale noży Crowa już nie było. I Zenek miał zonk. Życie wokół szło do przodu. A skoro Crow miał jakieś swoje sprawy, to go nie zatrzymywał. To było fair.
Co ten Crow, zamknął oczy, nic nie mówił i nawet za bardzo się nie ruszał? Dźgnąć go?
A nie, nie, jednak wszystko było w porządku. Crow wstał i zaczął ściągać buty. Zenek sobie wtedy przypomniał, że on sam przecież także stopy posiadał. Tylko że jego obleczone były w przemoczone domowe kapcie. Znoszone, słowiańskie, które jeszcze z domu wyniósł, jak je przypadkiem spakował do plecaka w zeszłe święta. Odnalazł je dopiero, jak rozpakowywał się w Rejwachu, i odtąd już je nosił. W jego rozmiarze i z kwiatowym wzorem, dla zainteresowanych. Też je wypadało osuszyć po kąpieli, więc Zenek zsunął kapcie i nimi szurnął po podłodze. Pojechały na środek pokoju, a Zenek poruszył palcami nagich stóp. Crow w swoich rurkach szurnął własnymi rzeczami pod łóżko, no i tak sobie szurali. Walizka wytrzyma.
Potem Crow zaczął gapić mu się na kaktus. Znacząco dla Zenka, bo nadchodziło zamówione nożowanie. Crow zamknął okno, a Zenek się usadził tak, by ten miał dostęp do kaktusa. Krew mu wpłynęła do uszu. Starał się nie ruszać, więc ramionami oplótł kolana. Widział tylko podłogę. Najpierw Crow owinął go koszulką i odciął kaktusa. Głowa Zenka chodziła z tarciem ostrza. Potem kaktus został odrzucony na ziemię, a Crow zanurzył palce w skórze jego głowy. Między kosmykami rozrosły się systemy korzeniowe. Crow je wycinał nożem albo wyrywał palcami. Ciągnął go wtedy lekko za włosy u nasady. Teraz to Zenek przymknął oczy. Rozluźnił ramiona i oddychał sobie spokojnie w dżinsy.
Bez kaktusa było mu lżej. Wiatr już go nie przewiewał, a w powietrzu unosił się zielony zapach opuncji. Zenek się wyprostował i strząsnął łopatki. Przyszło mu wtedy do głowy, że tak właściwie to nikogo nigdy nie zapytał, do kogo należał komunalny szampon. Stał, to naciskał. Przeżył kilka różnych edycji komunalnego szamponu, aż przytrafiła mu się kraksa z kaktusem. Przetarł oko palcem i spojrzał na Crowa.
— Czemu? — wydukał sennie, chociaż nie do końca było jasne, do którego zdania się odnosił. Władował się znowu cały na łóżko ze stopami, okręcony tak, żeby Crowa stale widzieć. — Gdzie mieszkasz? — padło zaraz z jego ust. Gdyby Zenek się nie powstrzymywał, to by wyrzucił z siebie jeszcze więcej pytań. Robisz nadal występy z nożami czy tylko improwizowane operacje? Co jest w środku kaktusa? Resztki opuncjowego soku ubrudziły koszulkę Crowa, a ostrze błysnęło jeszcze na moment, nim zniknęło z pola widzenia. Zenek lekko pokiwał głową.
Co ten Crow, zamknął oczy, nic nie mówił i nawet za bardzo się nie ruszał? Dźgnąć go?
A nie, nie, jednak wszystko było w porządku. Crow wstał i zaczął ściągać buty. Zenek sobie wtedy przypomniał, że on sam przecież także stopy posiadał. Tylko że jego obleczone były w przemoczone domowe kapcie. Znoszone, słowiańskie, które jeszcze z domu wyniósł, jak je przypadkiem spakował do plecaka w zeszłe święta. Odnalazł je dopiero, jak rozpakowywał się w Rejwachu, i odtąd już je nosił. W jego rozmiarze i z kwiatowym wzorem, dla zainteresowanych. Też je wypadało osuszyć po kąpieli, więc Zenek zsunął kapcie i nimi szurnął po podłodze. Pojechały na środek pokoju, a Zenek poruszył palcami nagich stóp. Crow w swoich rurkach szurnął własnymi rzeczami pod łóżko, no i tak sobie szurali. Walizka wytrzyma.
Potem Crow zaczął gapić mu się na kaktus. Znacząco dla Zenka, bo nadchodziło zamówione nożowanie. Crow zamknął okno, a Zenek się usadził tak, by ten miał dostęp do kaktusa. Krew mu wpłynęła do uszu. Starał się nie ruszać, więc ramionami oplótł kolana. Widział tylko podłogę. Najpierw Crow owinął go koszulką i odciął kaktusa. Głowa Zenka chodziła z tarciem ostrza. Potem kaktus został odrzucony na ziemię, a Crow zanurzył palce w skórze jego głowy. Między kosmykami rozrosły się systemy korzeniowe. Crow je wycinał nożem albo wyrywał palcami. Ciągnął go wtedy lekko za włosy u nasady. Teraz to Zenek przymknął oczy. Rozluźnił ramiona i oddychał sobie spokojnie w dżinsy.
Bez kaktusa było mu lżej. Wiatr już go nie przewiewał, a w powietrzu unosił się zielony zapach opuncji. Zenek się wyprostował i strząsnął łopatki. Przyszło mu wtedy do głowy, że tak właściwie to nikogo nigdy nie zapytał, do kogo należał komunalny szampon. Stał, to naciskał. Przeżył kilka różnych edycji komunalnego szamponu, aż przytrafiła mu się kraksa z kaktusem. Przetarł oko palcem i spojrzał na Crowa.
— Czemu? — wydukał sennie, chociaż nie do końca było jasne, do którego zdania się odnosił. Władował się znowu cały na łóżko ze stopami, okręcony tak, żeby Crowa stale widzieć. — Gdzie mieszkasz? — padło zaraz z jego ust. Gdyby Zenek się nie powstrzymywał, to by wyrzucił z siebie jeszcze więcej pytań. Robisz nadal występy z nożami czy tylko improwizowane operacje? Co jest w środku kaktusa? Resztki opuncjowego soku ubrudziły koszulkę Crowa, a ostrze błysnęło jeszcze na moment, nim zniknęło z pola widzenia. Zenek lekko pokiwał głową.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.