- Nie musimy - zapewniła szybciutko, rozumiejąc chyba wszelkie targające właśnie Brenną wątpliwości, bo obco brzmiący język ją samą nieco wybijał z rytmu. Była ciekawa tych gardłowych głosek, w jakiś sposób tworzonych zupełnie inaczej niż język angielski, ale z drugiej strony czuła się odrobinkę przez niego przytłoczona, bo dobiegał do nich ze wszystkich stron. Przynajmniej do pewnego momentu. Bo nagle z tego obcego gwaru wyłoniły się znajomo brzmiące słowa. Wciąż zabarwione były charakterystycznym akcentem, ale oprócz tego - no angielszczyzna.
- Panie, miłe panie, zapraszam. Może tatuaż? Za darmo prawie, a do tego zniżka na pierożki! - zagaił do nich mężczyzna siedzący niemalże w drzwiach jakiegoś lokalu. Ustawił sobie obok framugi taboret, opierając się o nią plecami i ćmiąc fajkę. teraz uśmiechał się do nich przymilnie, twarz spracowaną, ale mówiącą że prawdopodobnie znajdował się w okolicach 40-stki. - Akurat siedemnaście tutaj - wskazał palcem ku górze, na rząd znaków w nieznanym kobietom alfabecie.
Dora w pierwszej chwili nie była pewna, do kogo mówił, bo była przekonana że może obok znajdował się kto inny, o wiele bardziej zasługujący na uwagę szanownego pana. Spojrzała jednak w końcu na znaki, a potem to na jeden to drugi budynek, próbując zdecydować które wejście było właściwe.
- Nie, nie… my do… apteki? - zapytała, ale nie była w sumie pewna czy to na sto procent była apteka, a co ważniejsze, że fasady budynków nie wskazywały na to co mogło kryć się w środku.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.