16.03.2023, 00:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2023, 19:43 przez Alanna Carrow.)
Oczywiście że nie bawiło. Nie mogło. I nawet nie myślała o śmierciożercach – bardziej bolało ją serce na myśl o tych wszystkich, którzy zostaną poszkodowani.
I na myśl o tym, że może zbyt głęboko brnęła w przetrwanie; może najwyższy czas spojrzeć w lustro i przyznać sama przed sobą, że tak naprawdę to tchórzostwo? W każdym razie, jeden element nie pasował do obrazu rozbawienia: oczy. Ciemne, pozbawione tej iskry, która powinna się pojawić, gdy ktoś faktycznie żartował czy się radował.
Alanna nie cieszyła się na myśl o chaosie. I, co chyba najważniejsze, nie miała tego świra w oczach, co jeszcze przed ponad rokiem.
- ”Się”? Och, obawiam się, że to zadanie niemożliwe do wykonania. Musiałabym sobie wytransmutować to i owo, ale to byłoby raczej… nudne – wypaliła bez większego namysłu. Właściwie to Clare była całkiem pewna, że Alanna powiedziałaby coś zgoła innego, niemniej brała poprawkę na to, że miała do czynienia z Rookwoodem… Tego nazwiska się nie ignorowało.
- No wdepnąłeś i co z tego? Zrobisz kolejny krok, wdepniesz znowu, następy – i znowu. Co krok wdepniesz, po jaką cholerę sobie głowę tym zawracasz – zagderała niczym rasowa żona, susząca o coś głowę mężowi. Cóż, odrobina współpracy w tej sytuacji była mimo wszystko wskazana – No właśnie, znowu będą – przytaknęła, przewalając teatralnie oczyma.
Po Ulyssesie przyszła kolej na Vesp i na następną szopkę, a potem… na nią samą. Kamień zaciążył mocniej niż do tej pory.
- Och nie. Mój pierścionek po babci! – załamała ręce, gdy dotarli w okolice miejsca, gdzie miała zostawić swój element układanki – Szybko, pomóżcie mi szukać! – ponagliła rodzeństwo Rookwoodów, kucając i niby to przeszukując teren dłońmi. Gdzieś w międzyczasie upuściła kamień i wcisnęła go w ziemię; dopiero po dłuższej chwili poszukiwań się poddała.
- Chyba musiałam go zgubić wcześniej – jęknęła z całą boleścią, na jaką ją było stać, pociągnęła też nosem dla dodania realizmu. I pokiwała głową na znak, że goblin to nie taka głupia opcja.
I na myśl o tym, że może zbyt głęboko brnęła w przetrwanie; może najwyższy czas spojrzeć w lustro i przyznać sama przed sobą, że tak naprawdę to tchórzostwo? W każdym razie, jeden element nie pasował do obrazu rozbawienia: oczy. Ciemne, pozbawione tej iskry, która powinna się pojawić, gdy ktoś faktycznie żartował czy się radował.
Alanna nie cieszyła się na myśl o chaosie. I, co chyba najważniejsze, nie miała tego świra w oczach, co jeszcze przed ponad rokiem.
- ”Się”? Och, obawiam się, że to zadanie niemożliwe do wykonania. Musiałabym sobie wytransmutować to i owo, ale to byłoby raczej… nudne – wypaliła bez większego namysłu. Właściwie to Clare była całkiem pewna, że Alanna powiedziałaby coś zgoła innego, niemniej brała poprawkę na to, że miała do czynienia z Rookwoodem… Tego nazwiska się nie ignorowało.
- No wdepnąłeś i co z tego? Zrobisz kolejny krok, wdepniesz znowu, następy – i znowu. Co krok wdepniesz, po jaką cholerę sobie głowę tym zawracasz – zagderała niczym rasowa żona, susząca o coś głowę mężowi. Cóż, odrobina współpracy w tej sytuacji była mimo wszystko wskazana – No właśnie, znowu będą – przytaknęła, przewalając teatralnie oczyma.
Po Ulyssesie przyszła kolej na Vesp i na następną szopkę, a potem… na nią samą. Kamień zaciążył mocniej niż do tej pory.
- Och nie. Mój pierścionek po babci! – załamała ręce, gdy dotarli w okolice miejsca, gdzie miała zostawić swój element układanki – Szybko, pomóżcie mi szukać! – ponagliła rodzeństwo Rookwoodów, kucając i niby to przeszukując teren dłońmi. Gdzieś w międzyczasie upuściła kamień i wcisnęła go w ziemię; dopiero po dłuższej chwili poszukiwań się poddała.
- Chyba musiałam go zgubić wcześniej – jęknęła z całą boleścią, na jaką ją było stać, pociągnęła też nosem dla dodania realizmu. I pokiwała głową na znak, że goblin to nie taka głupia opcja.
313/563