26.05.2026, 09:28 ✶
– Jeśli masz ochotę, to nie problem, trzeba tylko znaleźć miejsce – zapewniła Brenna, aż za dobrze świadoma, że Dora, nawet gdyby zjedzenie czegoś w jakiejś restauracji Chinatown było jej największym marzeniem pod słońcem, zapewniałaby, że nie, wcale nie trzeba, nic nie szkodzi, jeżeli uznałaby, że ktoś inny będzie musiał się w celu realizacji tego marzenia poświęcać.
Kiedy ktoś zaczął je nazywać miłymi paniami i obiecywać pierożki, Brenna dość odruchowo przysunęła się do Dory, znów opierając dłoń na jej ramieniu. Mogła wydawać się wcieleniem naiwności, ale choć w pewnych sytuacjach faktycznie łatwo było ją w coś wrobić, za długo robiła jako detektyw, żeby nie wiedzieć, że w takich sytuacjach to należało uważać.
Poza tym tatuaż?! Dora?! Te paskudne, mugolskie bohomazy? I jeszcze fartuch tego mężczyzny był jakby przybrudzony. Brenna wcale nie ufała jego igłom, czystości przyrządów i czego tam używano, żeby robić takie tatuaże… miała pozwolić nakłuwać Dorę? No nie doczekanie.
(Oczywiście, jakiś rok później, praktycznie wepchnęła na fotel w okolicy Vincenta, i dała go nakłuwać, nie przejmując się, czy wyjdzie dobrze, będzie bolało i czy tatuażysta umył igły, ale Prewett był Prewettem, a Dora była Dorą.)
– Na pewno nie szukamy salonu tatuażu – stwierdziła, odruchowo spoglądając na znaki, które równie dobrze mogły oznaczać siedemnaście, jak być klątwą, mającą dotknąć każdego, kto ten znak odczyta i potem kolejne trzy pokolenia.
– Ja ma wolny termina! – kusił tatuażysta w łamanym angielskim. – Dla piękna dziewczyna piękny kwiatek albo symbol, co szczęścia naniesie…
– Jest na to za młoda – ucięła Brenna, chociaż to nie tak, że Dora była nieletnia… chociaż Brenna miała pewien problem z wbiciem sobie do głowy, że dziewczę faktycznie jest już dorosłe. Mężczyzna spojrzał na nie jakby z mniejszą radością i przychylnością, wobec tak stanowczego oporu.
– Tu nie ma żadna apteka – burknął, wyraźnie niezadowolony, a Bren zerknęła na Dorę, jakby czekając, czy ta ma jakieś dodatkowe wskazówki, w jaki sposób wypatrywać sklepu, oferującego upragniony korzeń.
Kiedy ktoś zaczął je nazywać miłymi paniami i obiecywać pierożki, Brenna dość odruchowo przysunęła się do Dory, znów opierając dłoń na jej ramieniu. Mogła wydawać się wcieleniem naiwności, ale choć w pewnych sytuacjach faktycznie łatwo było ją w coś wrobić, za długo robiła jako detektyw, żeby nie wiedzieć, że w takich sytuacjach to należało uważać.
Poza tym tatuaż?! Dora?! Te paskudne, mugolskie bohomazy? I jeszcze fartuch tego mężczyzny był jakby przybrudzony. Brenna wcale nie ufała jego igłom, czystości przyrządów i czego tam używano, żeby robić takie tatuaże… miała pozwolić nakłuwać Dorę? No nie doczekanie.
(Oczywiście, jakiś rok później, praktycznie wepchnęła na fotel w okolicy Vincenta, i dała go nakłuwać, nie przejmując się, czy wyjdzie dobrze, będzie bolało i czy tatuażysta umył igły, ale Prewett był Prewettem, a Dora była Dorą.)
– Na pewno nie szukamy salonu tatuażu – stwierdziła, odruchowo spoglądając na znaki, które równie dobrze mogły oznaczać siedemnaście, jak być klątwą, mającą dotknąć każdego, kto ten znak odczyta i potem kolejne trzy pokolenia.
– Ja ma wolny termina! – kusił tatuażysta w łamanym angielskim. – Dla piękna dziewczyna piękny kwiatek albo symbol, co szczęścia naniesie…
– Jest na to za młoda – ucięła Brenna, chociaż to nie tak, że Dora była nieletnia… chociaż Brenna miała pewien problem z wbiciem sobie do głowy, że dziewczę faktycznie jest już dorosłe. Mężczyzna spojrzał na nie jakby z mniejszą radością i przychylnością, wobec tak stanowczego oporu.
– Tu nie ma żadna apteka – burknął, wyraźnie niezadowolony, a Bren zerknęła na Dorę, jakby czekając, czy ta ma jakieś dodatkowe wskazówki, w jaki sposób wypatrywać sklepu, oferującego upragniony korzeń.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.