26.05.2026, 12:33 ✶
— Billy’ego nie znam, tylko obiłem mu ten głupi łeb — powiedział w końcu, bez większej próby wygładzania faktów. Nie było sensu udawać, że tamta noc miała w sobie cokolwiek eleganckiego. — Wiem tylko, że jego rodzina ukrywała się w Yorkshire podczas Spalonej Nocy. Jeśli to cokolwiek ci pomoże.
Przesunął dłonią po karku, czując pod palcami napięte mięśnie. Nie wiedział, czy ta informacja była ważna, ale w tej sprawie coraz mniej rzeczy wyglądało na przypadkowe. Może Billy naprawdę miał powód, żeby nienawidzić ludzi takich jak on. Może ktoś tylko podsunął mu właściwy cel. A może był zwykłym brutalnym idiotą, który znalazł się w cudzej historii i został użyty jak kamień rzucony w szybę.
— Dzisiaj było spokojnie — dodał po chwili. — Poszedłem do kawiarni na Pokątnej, zjadłem śniadanie. Potem przyleciałem tutaj, zanim większość drużyny zdążyła w ogóle zwlec się z łóżek. Nie działo się nic wyjątkowego.
Nie lubił tego zdania. Od tygodnia „nic wyjątkowego” brzmiało jak cisza przed gwizdkiem, po którym wszyscy ruszają naraz i nagle okazuje się, że ktoś już wcześniej ustawił boisko pod siebie. Lukas spojrzał na przedmioty leżące na ławce: list, czerwony sznurek, złoty fragment i kartkę o upadku. Dopiero potem wrócił wzrokiem do Victorii.
— Co do mieszkania… — zaczął i urwał.
To była pierwsza odpowiedź, przy której naprawdę się zawahał. Nie przy Billym, nie przy kobiecie, nie przy liście, nawet nie przy złotej blaszce, chociaż ta dotykała miejsca, którego nie chciał ruszać.
— Jest jedna rzecz — powiedział w końcu. — Ale brzmi głupio.
Nie znosił, kiedy coś brzmiało głupio. Głupie rzeczy odbierały człowiekowi kontrolę. Łatwiej było powiedzieć, że ktoś groził mu listem, bo list leżał na ławce. Łatwiej było pokazać sznurek, blaszkę i wypalone litery. Przedmioty miały przynajmniej tę uprzejmość, że istniały również wtedy, kiedy ktoś inny na nie patrzył.
— Mam w mieszkaniu runę. Albo coś, co wygląda jak runa. Pojawia się na framudze przy wejściu do sypialni. Nie było jej tam wcześniej.
Wypowiedział to szybciej, niż zamierzał, jakby bał się, że jeśli zrobi przerwę w połowie, jednak się rozmyśli.
— Pierwszy raz zobaczyłem ją kilka dni po Spalonej Nocy. Myślałem, że to sadza. Potem, że pęknięcie w drewnie. Tylko że ona nie jest zawsze widoczna. Kiedy jestem sam, czasem ją widzę. Nie za każdym razem. Najczęściej wieczorem albo tuż po przebudzeniu. Cienka, ciemna linia, jakby ktoś wypalił znak pod lakierem, nie na powierzchni. Ale kiedy ktoś przychodzi, znika.
Przez chwilę w szatni słychać było tylko odległe skrzypienie stadionu i ciche trzaski drewna pracującego gdzieś w ścianach. Lukas zacisnął palce na paczce papierosów.
— Raz sprowadziłem sąsiada, ponoć zna się na tych rzeczach. Powiedziałem, że chyba mam uszkodzoną framugę i potrzebuję drugiej pary oczu, zanim zacznę zrywać pół mieszkania. Wszedł, spojrzał, nic. Czyste drewno, żadnego śladu. Kiedy wyszedł, runa wróciła po godzinie.
Skrzywił się lekko, jak człowiek zmuszony opowiadać własne upokorzenie.
— Próbowałem ją zetrzeć. Nożem, szmatką, zaklęciem czyszczącym. Nic. A właściwie gorzej niż nic, bo kiedy za bardzo się na niej skupiam, znika. Jakby wiedziała, kiedy próbuję ją złapać.
Spojrzał na przedmioty rozłożone na ławce.
— Dlatego nie wiem, czy to jest klątwa, znak, zaklęcie obserwacyjne, czy ktoś po prostu bardzo dobrze wie, jak zrobić ze mnie idiotę.
Pozwolił Victorii działać, samemu cofając się tylko o pół kroku. Jej różdżka przesunęła się nad przedmiotami z wprawą kogoś, kto częściej rozbrajał cudze problemy, niż o nich rozmawiał. Lukas obserwował uważnie, choć nie znał się na rozpraszaniu zaklęć.
Jednak nawet z umiejętnościami Victorii, próba nic nie dała. Zaklęcie przeszło po kopercie, po sznurku, po złotym fragmencie i po kartce jak chłodny podmuch. Papier nawet nie drgnął. Wypalone litery nie rozjarzyły się na nowo. Złota blaszka nie odpowiedziała żadnym ukrytym światłem. Czerwony sznurek leżał dokładnie tak samo jak wcześniej: cienki, przygaszony, zwyczajny. Aż irytująco zwyczajny.
Lukas patrzył na niego przez chwilę z niedowierzaniem, które szybko zamieniło się w kwaśny grymas.
— Czyli co? Zwykły kawał sznurka?
Nie brzmiał na uspokojonego. Jeśli już, wyglądał na bardziej rozdrażnionego. Klątwa byłaby przynajmniej czymś konkretnym. Czymś, co można nazwać, opisać, przeciąć albo oddać komuś mądrzejszemu. Zwykły sznurek był gorszy, bo oznaczał, że ktoś nie potrzebował magii, żeby wejść mu pod skórę.
— Pięknie — powiedział ciszej. — Nawet śmieci robią ze mnie wariata.
Sięgnął po papierosa, ale nie odpalił go od razu. Obracał go tylko między palcami, patrząc na rzeczy leżące między nimi.
Wtedy coś cicho zgrzytnęło.Nie był to huk ani pęknięcie, nie szafka otwierająca się z teatralnym jękiem, nie dźwięk, który powinien poderwać człowieka na nogi. Raczej krótki, metaliczny odgłos, jakby ktoś bardzo powoli przesunął klucz w zamku albo zahaczył paznokciem o wewnętrzną stronę zawiasu. Lukas tego nie wyłapał, więc sięgnął znowu po różdżkę by rozpalić ogień.
// Victoria: rzut na Percepcję.
Przesunął dłonią po karku, czując pod palcami napięte mięśnie. Nie wiedział, czy ta informacja była ważna, ale w tej sprawie coraz mniej rzeczy wyglądało na przypadkowe. Może Billy naprawdę miał powód, żeby nienawidzić ludzi takich jak on. Może ktoś tylko podsunął mu właściwy cel. A może był zwykłym brutalnym idiotą, który znalazł się w cudzej historii i został użyty jak kamień rzucony w szybę.
— Dzisiaj było spokojnie — dodał po chwili. — Poszedłem do kawiarni na Pokątnej, zjadłem śniadanie. Potem przyleciałem tutaj, zanim większość drużyny zdążyła w ogóle zwlec się z łóżek. Nie działo się nic wyjątkowego.
Nie lubił tego zdania. Od tygodnia „nic wyjątkowego” brzmiało jak cisza przed gwizdkiem, po którym wszyscy ruszają naraz i nagle okazuje się, że ktoś już wcześniej ustawił boisko pod siebie. Lukas spojrzał na przedmioty leżące na ławce: list, czerwony sznurek, złoty fragment i kartkę o upadku. Dopiero potem wrócił wzrokiem do Victorii.
— Co do mieszkania… — zaczął i urwał.
To była pierwsza odpowiedź, przy której naprawdę się zawahał. Nie przy Billym, nie przy kobiecie, nie przy liście, nawet nie przy złotej blaszce, chociaż ta dotykała miejsca, którego nie chciał ruszać.
— Jest jedna rzecz — powiedział w końcu. — Ale brzmi głupio.
Nie znosił, kiedy coś brzmiało głupio. Głupie rzeczy odbierały człowiekowi kontrolę. Łatwiej było powiedzieć, że ktoś groził mu listem, bo list leżał na ławce. Łatwiej było pokazać sznurek, blaszkę i wypalone litery. Przedmioty miały przynajmniej tę uprzejmość, że istniały również wtedy, kiedy ktoś inny na nie patrzył.
— Mam w mieszkaniu runę. Albo coś, co wygląda jak runa. Pojawia się na framudze przy wejściu do sypialni. Nie było jej tam wcześniej.
Wypowiedział to szybciej, niż zamierzał, jakby bał się, że jeśli zrobi przerwę w połowie, jednak się rozmyśli.
— Pierwszy raz zobaczyłem ją kilka dni po Spalonej Nocy. Myślałem, że to sadza. Potem, że pęknięcie w drewnie. Tylko że ona nie jest zawsze widoczna. Kiedy jestem sam, czasem ją widzę. Nie za każdym razem. Najczęściej wieczorem albo tuż po przebudzeniu. Cienka, ciemna linia, jakby ktoś wypalił znak pod lakierem, nie na powierzchni. Ale kiedy ktoś przychodzi, znika.
Przez chwilę w szatni słychać było tylko odległe skrzypienie stadionu i ciche trzaski drewna pracującego gdzieś w ścianach. Lukas zacisnął palce na paczce papierosów.
— Raz sprowadziłem sąsiada, ponoć zna się na tych rzeczach. Powiedziałem, że chyba mam uszkodzoną framugę i potrzebuję drugiej pary oczu, zanim zacznę zrywać pół mieszkania. Wszedł, spojrzał, nic. Czyste drewno, żadnego śladu. Kiedy wyszedł, runa wróciła po godzinie.
Skrzywił się lekko, jak człowiek zmuszony opowiadać własne upokorzenie.
— Próbowałem ją zetrzeć. Nożem, szmatką, zaklęciem czyszczącym. Nic. A właściwie gorzej niż nic, bo kiedy za bardzo się na niej skupiam, znika. Jakby wiedziała, kiedy próbuję ją złapać.
Spojrzał na przedmioty rozłożone na ławce.
— Dlatego nie wiem, czy to jest klątwa, znak, zaklęcie obserwacyjne, czy ktoś po prostu bardzo dobrze wie, jak zrobić ze mnie idiotę.
Pozwolił Victorii działać, samemu cofając się tylko o pół kroku. Jej różdżka przesunęła się nad przedmiotami z wprawą kogoś, kto częściej rozbrajał cudze problemy, niż o nich rozmawiał. Lukas obserwował uważnie, choć nie znał się na rozpraszaniu zaklęć.
Jednak nawet z umiejętnościami Victorii, próba nic nie dała. Zaklęcie przeszło po kopercie, po sznurku, po złotym fragmencie i po kartce jak chłodny podmuch. Papier nawet nie drgnął. Wypalone litery nie rozjarzyły się na nowo. Złota blaszka nie odpowiedziała żadnym ukrytym światłem. Czerwony sznurek leżał dokładnie tak samo jak wcześniej: cienki, przygaszony, zwyczajny. Aż irytująco zwyczajny.
Lukas patrzył na niego przez chwilę z niedowierzaniem, które szybko zamieniło się w kwaśny grymas.
— Czyli co? Zwykły kawał sznurka?
Nie brzmiał na uspokojonego. Jeśli już, wyglądał na bardziej rozdrażnionego. Klątwa byłaby przynajmniej czymś konkretnym. Czymś, co można nazwać, opisać, przeciąć albo oddać komuś mądrzejszemu. Zwykły sznurek był gorszy, bo oznaczał, że ktoś nie potrzebował magii, żeby wejść mu pod skórę.
— Pięknie — powiedział ciszej. — Nawet śmieci robią ze mnie wariata.
Sięgnął po papierosa, ale nie odpalił go od razu. Obracał go tylko między palcami, patrząc na rzeczy leżące między nimi.
Wtedy coś cicho zgrzytnęło.Nie był to huk ani pęknięcie, nie szafka otwierająca się z teatralnym jękiem, nie dźwięk, który powinien poderwać człowieka na nogi. Raczej krótki, metaliczny odgłos, jakby ktoś bardzo powoli przesunął klucz w zamku albo zahaczył paznokciem o wewnętrzną stronę zawiasu. Lukas tego nie wyłapał, więc sięgnął znowu po różdżkę by rozpalić ogień.
// Victoria: rzut na Percepcję.