26.05.2026, 18:45 ✶
Lazarus niespiesznie podniósł wzrok znad filiżanki kambodżańskiej herbaty na organizatorkę dzisiejszego spotkania. Burke, zgodnie z obietnicą, dostarczyła nie tylko świece - pachnące i ręcznie odlewane, zdecydowanie lepszej jakości, niż te napoczęte, standardowe, które on sam miał w swoim przyborniku - ale też domek dla lalek. Kiedy Lazarus pierwszy raz wspomniał o nowym nośniku dla klątwy, miał na myśli dosłownie pojemnik. Skrzynię, może pudełko. Coś, co miałoby osiem ścian i osiem kątów, to powinno wystarczyć dla magii. W głębi duszy doceniał jednak absurd nowego rozwiązania - i jego prawdopodobną estetykę, bo takowa z dużym prawdopodobieństwem istniała.
- Czy chcę wiedzieć, jaka jest historia tego domku i jakie są twoje dalsze plany dla niego, gdyby nam się udało? - zapytał paserkę z cieniem uśmiechu.
Spojrzał na pochylonego nad domkiem dla lalek Prewetta. Byli kolegami po fachu, choć jednemu z nich zdecydowanie bliżej było do medycyny, a drugiemu do archeologii. Nie łączyło ich nic poza powierzchowną znajomością z wydarzeń naukowych adresowanych do klątwołamaczy, a teraz mieli pracować razem.
Cóż, przynajmniej Ceolsige zadbała o to by zanim nie przejdą do pracy, przy stole nie panowała niezręczna cisza.
- Kiedy próbowałem usuwać te plamy z sufitu, to było jak zgarnianie cieczy na kupkę. Rozlewały się na boki, gdy tylko przestawałem przykładać Rozproszenie. Stąd mój pierwszy pomysł - umieszczenie tej klątwy w… alternatywnym nośniku. Podobnie, jak klątwę nałożoną na człowieka można przenieść na zwierzęcego gospodarza - mówiąc to, spoglądał to na Basiliusa, to na spoczywający na podłodze domek.
Dopił herbatę i podniósł się z fotela. Miękkie, czarne spodnie i sweter nawet nie zaszeleściły. Był ubrany najmniej elegancko z obecnych ale nie mógł w sobie znaleźć zasobów, by się tym przejmować. Po ciężkiej, poruszającej się wokół jego ciała, jakby osiągnęła samoświadomość ministerialnej szacie, po wczorajszym dniu spędzonym w terenie (i Lazarusowi od razu przychodziły na myśl przynajmniej cztery rodzaje "terenu" przyjemniejsze, niż ten, w jakim spędził poniedziałek), na sam widok połowy swojej garderoby kurczył się we własnej skórze.
Ukucnął przy ścianie domku prostopadłej do tej, przy której znajdował się Prewett. Zabawka była kompletna - z meblami i nawet małymi laleczkami-mieszkańcami posadzonymi przy stole.
- Ciekawe, co się stanie z efektami zapachowymi - mruknął. Być może znajdowali się o krok od stworzenia najbardziej śmierdzącego magicznego domku w historii. Mugole odnotowywali podobne "osiągnięcia" w Księdze Rekordów Guinessa. Lazarus nie wiedział, czy istnieje czarodziejski odpowiednik. Do sprawdzenia później.
- Czy chcę wiedzieć, jaka jest historia tego domku i jakie są twoje dalsze plany dla niego, gdyby nam się udało? - zapytał paserkę z cieniem uśmiechu.
Spojrzał na pochylonego nad domkiem dla lalek Prewetta. Byli kolegami po fachu, choć jednemu z nich zdecydowanie bliżej było do medycyny, a drugiemu do archeologii. Nie łączyło ich nic poza powierzchowną znajomością z wydarzeń naukowych adresowanych do klątwołamaczy, a teraz mieli pracować razem.
Cóż, przynajmniej Ceolsige zadbała o to by zanim nie przejdą do pracy, przy stole nie panowała niezręczna cisza.
- Kiedy próbowałem usuwać te plamy z sufitu, to było jak zgarnianie cieczy na kupkę. Rozlewały się na boki, gdy tylko przestawałem przykładać Rozproszenie. Stąd mój pierwszy pomysł - umieszczenie tej klątwy w… alternatywnym nośniku. Podobnie, jak klątwę nałożoną na człowieka można przenieść na zwierzęcego gospodarza - mówiąc to, spoglądał to na Basiliusa, to na spoczywający na podłodze domek.
Dopił herbatę i podniósł się z fotela. Miękkie, czarne spodnie i sweter nawet nie zaszeleściły. Był ubrany najmniej elegancko z obecnych ale nie mógł w sobie znaleźć zasobów, by się tym przejmować. Po ciężkiej, poruszającej się wokół jego ciała, jakby osiągnęła samoświadomość ministerialnej szacie, po wczorajszym dniu spędzonym w terenie (i Lazarusowi od razu przychodziły na myśl przynajmniej cztery rodzaje "terenu" przyjemniejsze, niż ten, w jakim spędził poniedziałek), na sam widok połowy swojej garderoby kurczył się we własnej skórze.
Ukucnął przy ścianie domku prostopadłej do tej, przy której znajdował się Prewett. Zabawka była kompletna - z meblami i nawet małymi laleczkami-mieszkańcami posadzonymi przy stole.
- Ciekawe, co się stanie z efektami zapachowymi - mruknął. Być może znajdowali się o krok od stworzenia najbardziej śmierdzącego magicznego domku w historii. Mugole odnotowywali podobne "osiągnięcia" w Księdze Rekordów Guinessa. Lazarus nie wiedział, czy istnieje czarodziejski odpowiednik. Do sprawdzenia później.