27.05.2026, 14:58 ✶
– Gdyby szykował jakiś wyjątkowo wredny kawał… Może? – zastanowił się Christopher, który nigdy nie dumał szczególnie nad naturą poltergeistów. Ale Irytek potrafił czekać aż ktoś wejdzie pod odkręcony żyrandol czy coś, to kto wie, czy taki zwykły złośliwy duch byłby do tego skłonny? – Teraz mnie zaintrygowałaś, Victorio. Poltergeist, ale siedzący na strychu? – strzelił, obracając się do niej, ale z przyczyn absolutnie oczywistych nie zdążył otrzymać odpowiedzi na to pytanie.
Przypatrywał się dwóm Victoriom, z tą różdżką w ręku, bezużyteczną, bo przecież nie mógł zacząć rzucać zaklęć, nie wiedząc, która jest prawdziwa. Stał w taki sposób, że nie widział dokładnie twarzy bogina – Lestrange: nie mógł dostrzec tej różnicy, jaką stanowiło szaleńcze spojrzenie.
– P…pomóż mi – jęknęła ta druga Victoria, unosząc drżące dłonie ku prawdziwej. – N…n…nie wiem… co… się dzieje…
Rosier stał jeszcze przez moment, absolutnie niezdecydowany. W końcu jednak podjął męską decyzję, może wiedziony jakimś impulsem, może sympatią wobec Victorii, może tym, że nie chciał wyjść na tego żałosnego typka, który stoi sobie z boku i czeka aż kobieta znajdzie rozwiązanie problemu. Ruszył, po prostu wchodząc pomiędzy dwie panny Lestrange i przesunął spojrzeniem od jednej do drugiej, próbując znaleźć coś, co świadczyłoby o tym, że któraś jest absolutnie nieprawdziwa.
I cóż, znalezienie tego czegoś wcale, ale to wcale nie było trudne.
Bowiem kiedy Christopher znalazł się pomiędzy nimi, jedna Victoria nagle się rozpłynęła: jej kształt zafalował, rozrastając się i odmieniając. I nagle w kuchnie nie stały już dwie kobiety, a dwóch mężczyzn, choć tu pomylenie ich byłoby nielada wyczynem. Jeden był bowiem normalnym Christopherem Rosierem, a drugi… znacznie starszym. Twarz pobrużdżona zmarszczkami, przygarbiona sylwetka, palce powykręcane od artmetyzmu, włosy nie tylko posiwiałe, ale też pozlepiane od brudu. Dłonie, trzęsące się, narzucona na grzbiet poszarpana szata, porwana, byle jak pocerowana, bardzo brudna.
– Co do… – wymruczał Chris, cofając się i omal nie wpadając na Victorię. Nie miał okazji spotkać bogina, więc ten widok w pierwszej chwili po prostu go zaskoczył: bo tak, bał się… bał się starości, nieważności, choroby, porzucenia, biedy, a ta postać to wszystko uosabiała, ale Chris nawet nie od razu pojął, że ten przerażający, starszy mężczyzna to on.
Ale uniósł różdżkę bez większego wahania, bo o ile nie chciał zaatakować Victorii, to tego tu spróbował odepchnąć bez większego wahania.
Przypatrywał się dwóm Victoriom, z tą różdżką w ręku, bezużyteczną, bo przecież nie mógł zacząć rzucać zaklęć, nie wiedząc, która jest prawdziwa. Stał w taki sposób, że nie widział dokładnie twarzy bogina – Lestrange: nie mógł dostrzec tej różnicy, jaką stanowiło szaleńcze spojrzenie.
– P…pomóż mi – jęknęła ta druga Victoria, unosząc drżące dłonie ku prawdziwej. – N…n…nie wiem… co… się dzieje…
Rosier stał jeszcze przez moment, absolutnie niezdecydowany. W końcu jednak podjął męską decyzję, może wiedziony jakimś impulsem, może sympatią wobec Victorii, może tym, że nie chciał wyjść na tego żałosnego typka, który stoi sobie z boku i czeka aż kobieta znajdzie rozwiązanie problemu. Ruszył, po prostu wchodząc pomiędzy dwie panny Lestrange i przesunął spojrzeniem od jednej do drugiej, próbując znaleźć coś, co świadczyłoby o tym, że któraś jest absolutnie nieprawdziwa.
I cóż, znalezienie tego czegoś wcale, ale to wcale nie było trudne.
Bowiem kiedy Christopher znalazł się pomiędzy nimi, jedna Victoria nagle się rozpłynęła: jej kształt zafalował, rozrastając się i odmieniając. I nagle w kuchnie nie stały już dwie kobiety, a dwóch mężczyzn, choć tu pomylenie ich byłoby nielada wyczynem. Jeden był bowiem normalnym Christopherem Rosierem, a drugi… znacznie starszym. Twarz pobrużdżona zmarszczkami, przygarbiona sylwetka, palce powykręcane od artmetyzmu, włosy nie tylko posiwiałe, ale też pozlepiane od brudu. Dłonie, trzęsące się, narzucona na grzbiet poszarpana szata, porwana, byle jak pocerowana, bardzo brudna.
– Co do… – wymruczał Chris, cofając się i omal nie wpadając na Victorię. Nie miał okazji spotkać bogina, więc ten widok w pierwszej chwili po prostu go zaskoczył: bo tak, bał się… bał się starości, nieważności, choroby, porzucenia, biedy, a ta postać to wszystko uosabiała, ale Chris nawet nie od razu pojął, że ten przerażający, starszy mężczyzna to on.
Ale uniósł różdżkę bez większego wahania, bo o ile nie chciał zaatakować Victorii, to tego tu spróbował odepchnąć bez większego wahania.
Rzut O 1d100 - 50
Słaby sukces...
Słaby sukces...