- Tak. - Mruknęła jedynie cicho. Doskonale wiedziała, jak to brzmiało. Dużo łatwiej było pakować się w kłopoty ze świadomością, że nikt na ciebie nie czekał. Odpowiedzialność była mniejsza, dotyczyło to raczej tylko głównych zainteresowanych, a że praktycznie w tym samym momencie zmienili swój stan cywilny, to podejrzewała, że i zaczęli myśleć w podobny sposób. Musieli nieco zmienić przyzwyczajenia, nie mogli, aż tak ryzykować, bo dotyczyło to już nie tylko ich, jedną głupią, nieprzemyślaną decyzją mogli spierdolić życie swoich najbliższych.
- aż tak źle nigdy z nami nie będzie. - Na jej twarzy pojawił się uśmiech, kiedy szturchnął ją ramieniem. Wystarczy na dzisiaj tej ckliwości, chociaż całkiem miło było mieć z kim podzielić się swoimi przemyśleniami, zwłaszcza, że wiedziała, że jak nikt inny będzie w stanie ją zrozumieć, naprawdę wiele ich łączyło, co nawet mogło być przerażające, nie spodziewała się, że gdzieś na świecie istnieje męska wersja jej osoby, a mogła śmiało stwierdzić, że Fenwick był właśnie kimś takim, no przynajmniej na większości płaszczyzn życia.
Naprawdę była zadowolona z tego, że i jemu udało się znaleźć swoje szczęście, że mimo tych wszystkich przeciwności losu, jakoś ułożył sobie swój świat, że postanowił zostać, bo każdy potrzebował mieć jakieś swoje miejsce na ziemi, nawet jeśli twierdził, że było inaczej. Nie dało się ciągle żyć w drodze, uciekać przed całym światem. Nokturn jednak nie był odpowiednim miejscem na takie konwersacje.
Jej podejście do rodziny wiązało się z tym, że miała sporo szczęścia. Nigdy nie mogła narzekać na to, że rodzice podcinali jej skrzydła, cóż ułatwiał to fakt, że wyjątkowo dobrze odnalazła się w ich rodzinnej profesji, była Yaxleyem z krwi i kości, a ojcu zupełnie nie przeszkadzało to, że nie ma penisa, co wcale nie było takie częste. Spotykała się dezaprobatą, krzywymi spojrzeniami innych mężczyzn, którzy zajmowali się tym, co ona, ale Gerard zawsze w nią wierzył, dzięki czemu mogła zajmować się tym, co naprawdę kochała. Była mu wdzięczna za takie podejście, jej lojalność nie wzięła się z powietrza.
- W sumie to właśnie było fajne w szkole, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie. - Mieli naprawdę najróżniejsze zajęcia, dzięki czemu każdy był w stanie znaleźć coś w czym mógł się spełniać. W sumie to nie narzekała na te lata nauki, chociaż ona wiedziała, czym chce się zajmować jeszcze zanim w ogóle postawiła swoją stopę w zamku. Nie mogła jednak kłócić się z tym, że nauczyła się tam sporo i stała się naprawdę zdolną czarownicą dzięki tym godzinom spędzonym w szkolnych ławkach.
- Myślisz, że powinniśmy jakiś procent z naszych dochodów przeznaczać na nowe ubrania? - Zapytała całkiem poważnie. W końcu byli współpracownikami, mogli wydzielić na to, jakiś osobny fundusz. Częste było niszczenie garderoby podczas polowań. Mogli więc przeznaczyć jakiś procent ich wspólnych dochodów na zaopatrzenie się w zapas odpowiednio skrojonych strojów, które też musiały być odpowiedniej jakości.
Z rozmowy o rozwoju ich działalności wyrwała ich przechodząca grupa czarodziejów, w sumie to mieszanka naprawdę dziwnych ludzi i nie tylko ludzi.
Geraldine nie miała jakiegoś specjalnego problemu z goblinami, nie była ich fanką, ale nie darzyła ich też nienawiścią. Ogólnie rzecz biorąc nie do końca ufała wszystkiemu, co nie było człowiekiem, ale miała to po prostu we krwi, została stworzona po to, by polować na magiczne stworzenia, gobliny nie były niby zwierzętami, ale mimo wszystko nie do końca darzyła je zaufaniem.
Spojrzała na Benjy'ego, kiedy goblin się do niego odezwał i dość szybko dotarło do niej, że tamten nie wiedział co robi. Widziała, że się zirytował, być może nie miał, aż tak ambiwalentnego podejścia jak ona. To nie mogło się skończyć dobrze. Czekała jednak na rozwój sytuacji, czuwała, gdyby musiała zareagować. Nie, żeby chciała się wtrącać w to co robił Fenwick, ale wolała się zaangażować, jeśli faktycznie będzie to potrzebne.
Goblin zacisnął mocno swoje ostre zęby. Zdecydowanie nie podobało mu się to, co powiedział Benjy. - Och, widzę, że trafił nam się jeden z tych, który uważa się za lepszego od nas. Niesamowite, gówno prawda, nic byście nie mieli, gdyby nie my. Sami nie potraficie zadbać o swoje monety. Prędzej, czy później uda nam się osiągnąć swój cel. W końcu dojdziemy po swoje, wtedy nie będziecie mieli szansy zareagować. Nie doceniacie nas, może i dobrze, upadek będzie bardziej bolesny. - Oczy mu się świeciły, wydawało się, że naprawdę wierzy we własne słowa.