Krew od zawsze miała swoją wagę, a niektórzy podchodzili do niej z nabożeństwem równym koniuszemu, któremu w udziale przychodziło planowanie kolejnych rozrodów. Do niego nigdy to nie przemawiało, podobnie z resztą jak i do jego rodziny (co nie broniło im dbać o czystość krwi, no bo wpływy), ale jednocześnie nie wychodził z siebie aby to wszystko negować. Dla niektórych ustawione małżeństwa były koniecznością, dla innych przykrym obowiązkiem, a Longbottomowie stali gdzieś pewnie na samym końcu tej wycieczki, biorąc pod uwagę ile w ostatnim pokoleniu było u nich czarodziejów półkrwi. Przekonania to była bardzo ładna idea, ale pewnie gdyby Crouch o nich wspomniał, to Bulstrode uśmiechnąłby się do niego grzecznie, bo było w tym przekonaniu nieco … naiwności. A przynajmniej tak to postrzegał auror.
- Dziękuję - uśmiechnął się do Roberta delikatnie, nawet szczerze i bez właściwego dla niego cwaniactwa. - Na razie chodzi mi bardziej o papierologię. Potrzeba mi kogoś rzetelnego, kto się tym zajmie, ale po tak nudnym starcie miałem też w głowie, że to do ciebie trafiałaby na tapetę większość naszych spraw, jeśli uda nam się coś ugrać. Poparcie zawsze się przyda, oczywiście - tym razem w kącikach ust zaczaił się ten szelmowski uśmiech, który rzadko kiedy go opuszczał. Gdzieś za tymi słowami kryło się dopowiedzenie, że tę część częściowo pokrywała ciocia będąca szefową całego ich departamentu. - Tak, planuję sięgnąć po parę osób z BUMu. Tak samo myślałem o konsultancie z Departamentu Tajemnic - sięgnął po kawę i upił niewielki łyk. - Jeśli chodzi o nasz departament, pomijając ciebie i mnie, to myślałem o Victorii Lestrange, Brennie Longbottom i Hestii Bletchley, więc jak widzisz, brygadzistów wziąłem pod uwagę. Może któryś z antropologów, jeśli Cynthia byłaby chętna oddać nam jednego do większości prac.