30.05.2026, 00:02 ✶
Postronny obserwator mógł zastanawiać się, czy znajomość Zenka i Crowa polegała jedynie na rzucaniu nożami. To jest, czy Crow tylko rzucał, a Zenek oglądał? Otóż nie tylko. Jasne, noże były super, a Crow nimi rzucał fantastycznie. Ale jednak nie dało się na tym oprzeć długiej znajomości. Nie, Zenek i Crow lubili też sobie posiadywać po prostu. Zenek miał instrument, mógł na nim grać dźwięki. Ostrza Crowa dostawały własny soundtrack. Szuuuur, w powietrzu. Twarde uderzenie, gdy czubek trafiał w tarczę. I beat drop.
Crow układał swoje noże pod łóżkiem. Jeden za drugim, ściągał je z pasa, z ud, o rany boskie, ile tych noży było. Gdy się z nich wreszcie oswobodził, rozpiął też ten pusty pasek, co miał przyczepiony do uda na noże. I tak w sumie to Zenek nawet dotąd nie myślał, jak bardzo Crow składał się z tych pasków. Wcześniej cały siedział w skórze, potem już tylko do połowy. A każdy pasek był dodatkowym wybrzuszeniem. Wcinał się w skórę brzucha czy ud. Może jakby uniósł mu czuprynę, to by też tam się znalazł pokrowiec na noże.
Ostatni pasek brzęknął o podłogę, Crow przeciął powietrze ręką, a Zenek kiwnął się do tyłu. Wtedy poczuł coś w spodniach. Sięgnął dłonią do tylnej kieszeni, w której wymacał coś miękkiego i ciepłego. Wyciągnął. W zamkniętej pięści miał krówkę milanówkę. Krówka uległa prawom fizyki i spłaszczyła się pod naciskiem… tak się kończyło rozsiadywanie się po łóżku w spodniach roboczych. Mimo karmelowego incydentu nie umknęło uwadze Zenka, że Crow pomógł nożom się umościć. To nie były ruchy człowieka, który zamierzał czmychać ze wschodem Słońca. Przynajmniej nie do pierwszego piania koguta. Tym bardziej, jak już stał na boso.
Na skórzanych spodniach rysowały się odgniecenia od paska, gdy Crow opowiadał rzeczy przykre. Bardzo nie odpowiedział na pytanie Zenka, a Zenek nie potrafił zmusić się do tego, by kąciki ust unieść w górę. Siedział przy nim, zamyślony, i gniótł krówkę. Patrzył przed siebie. W pewnym momencie wzrok mu już przechodził przez Crowa, na szafę i ścianę, ale tam też nic nie było. I wtedy Zenek pomyślał, że przecież Crow przyszedł tylko dla niego. No, tak powiedział, prawda? Zenek podrapał się po głowie. Kaktusowe resztki siedziały we włosach przy cebulce. Na szczęście twarde kawałki z igłami udało się już wyjąć. Wyciągnął palce z włosów.
— Tak, już mnie tak nie swędzi, dziękuję, że go wyciąłeś. — otarł palce o pościel. Crow usiadł obok niego. Zenek okręcił się ponownie na materacu, nawet mimo tego, że okno było już zamknięte. Zanim mrugnął, Crow już ściągał koszulkę, więc Zenek zaczął robić remanent. Nie, żeby po takim czasie pamiętał je wszystkie, ale potrafił ocenić, czy skóra była bardziej splamiona atramentem. Po chwili Crow nasunął na siebie zenkową koszulkę.
W szarym t-shircie nie wyglądał już jak Crow. Na łóżku Zenka siedział starszy o kilka lat, zmęczony chłopak z dziką czupryną. Serduszko mu podskoczyło.
— Dziękuję, że przyszedłeś. — odezwał się, póki jeszcze patrzył mu w oczy. Wyciągnął rękę z zaciśniętą pięścią. Otworzył. — Chcesz ją? Usiadłem na niej.
Crow układał swoje noże pod łóżkiem. Jeden za drugim, ściągał je z pasa, z ud, o rany boskie, ile tych noży było. Gdy się z nich wreszcie oswobodził, rozpiął też ten pusty pasek, co miał przyczepiony do uda na noże. I tak w sumie to Zenek nawet dotąd nie myślał, jak bardzo Crow składał się z tych pasków. Wcześniej cały siedział w skórze, potem już tylko do połowy. A każdy pasek był dodatkowym wybrzuszeniem. Wcinał się w skórę brzucha czy ud. Może jakby uniósł mu czuprynę, to by też tam się znalazł pokrowiec na noże.
Ostatni pasek brzęknął o podłogę, Crow przeciął powietrze ręką, a Zenek kiwnął się do tyłu. Wtedy poczuł coś w spodniach. Sięgnął dłonią do tylnej kieszeni, w której wymacał coś miękkiego i ciepłego. Wyciągnął. W zamkniętej pięści miał krówkę milanówkę. Krówka uległa prawom fizyki i spłaszczyła się pod naciskiem… tak się kończyło rozsiadywanie się po łóżku w spodniach roboczych. Mimo karmelowego incydentu nie umknęło uwadze Zenka, że Crow pomógł nożom się umościć. To nie były ruchy człowieka, który zamierzał czmychać ze wschodem Słońca. Przynajmniej nie do pierwszego piania koguta. Tym bardziej, jak już stał na boso.
Na skórzanych spodniach rysowały się odgniecenia od paska, gdy Crow opowiadał rzeczy przykre. Bardzo nie odpowiedział na pytanie Zenka, a Zenek nie potrafił zmusić się do tego, by kąciki ust unieść w górę. Siedział przy nim, zamyślony, i gniótł krówkę. Patrzył przed siebie. W pewnym momencie wzrok mu już przechodził przez Crowa, na szafę i ścianę, ale tam też nic nie było. I wtedy Zenek pomyślał, że przecież Crow przyszedł tylko dla niego. No, tak powiedział, prawda? Zenek podrapał się po głowie. Kaktusowe resztki siedziały we włosach przy cebulce. Na szczęście twarde kawałki z igłami udało się już wyjąć. Wyciągnął palce z włosów.
— Tak, już mnie tak nie swędzi, dziękuję, że go wyciąłeś. — otarł palce o pościel. Crow usiadł obok niego. Zenek okręcił się ponownie na materacu, nawet mimo tego, że okno było już zamknięte. Zanim mrugnął, Crow już ściągał koszulkę, więc Zenek zaczął robić remanent. Nie, żeby po takim czasie pamiętał je wszystkie, ale potrafił ocenić, czy skóra była bardziej splamiona atramentem. Po chwili Crow nasunął na siebie zenkową koszulkę.
W szarym t-shircie nie wyglądał już jak Crow. Na łóżku Zenka siedział starszy o kilka lat, zmęczony chłopak z dziką czupryną. Serduszko mu podskoczyło.
— Dziękuję, że przyszedłeś. — odezwał się, póki jeszcze patrzył mu w oczy. Wyciągnął rękę z zaciśniętą pięścią. Otworzył. — Chcesz ją? Usiadłem na niej.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.