30.05.2026, 18:43 ✶
Miłość stanowiła swoisty rodzaj gry. Teatru życia, gdzie aktorzy wykonywali gesty, wypowiadali swe kwestie. Zawsze chodziło przecież o to, co widzieli inni. O trzymanie się za ręce na ulicy, o głupkowate szczerzenie się do siebie nawzajem, jakby uśmiechy, całusy i przytulasy cokolwiek znaczyły. Ostatecznie był to jedynie godowy rytuał. Stroszenie pawich piórek. Chodziło o to, by na świecie być odrobinę mniej samotnym. „Dopóki śmierć nas nie rozłączy” – mówili przyszli małżonkowie, a potem umierali samotnie, bo każdy musiał sam stanąć przed jej obliczem.
To były ciekawe myśli, jednak w głębi serca Othello się z nimi nie zgadzał. Tak naprawdę, mimo całego udawania, mimo pozornego chłodu, był romantykiem. Marzył o odnalezieniu światła w pomroce swego życia. Kogoś, kto by go kochał bezinteresownie. Kto, by go zrozumiał, bez wyśmiewania ani lęku. Nie spotkał jeszcze takiej osoby. Nawet zbytnio na to nie liczył.
Astoria Avery, czystokrwista piękność, potrzebowała od niego gestu. Przedstawienia. Nie było to nic trudnego, dla kogoś, kto całe życie odgrywał pewną rolę w tym teatrze świata, przed surowym obliczem bogów śmiejących się z ludzkich nieszczęść.
– Te stworzenia żerują na naszych obawach. Na zwątpieniu. Jeśli jednak pokażemy im, że jesteśmy równie zdeprawowani, możemy ich pokonać – rzekł półgłosem. – Nie ścierpią tego podobieństwa. Będziemy dla nich niczym lustro.
O tak, dobrze wynajdował taką symbolikę. Czasem nawet przesadzał, czym wzbudzał okrutne kpiny swojego rodzeństwa. Teraz jednak sądził, że mierzył się z przeciwnikami, którzy dzielili jego pasję do nadawania rzeczom nowego znaczenia.
Cały czas siedział prosto, przesuwał wzrokiem po pomieszczeniu. Kiedy jednak mówił, zatrzymywał się na Astorii. Zastanawiał się, jakie uczucia wzbudzała w niej ta sytuacja? Obrzydzenie? Obawę? A może ten delikatny dreszczyk, który również czuł Othello? Ten cały performance wydawał się bowiem estetycznie wyborny.
– Zgadza się – kiwnął głową, chwytając za ostry, srebrzony nóż, lśniący w blasku świec.
Raz.
Dwa.
Trzy.
Ostrze uczyniło karmazynową rysę na bladym opuszku palca. Othello delikatnie skrzywił się z bólu. Przycisnął skórę obok rany, uwalniając jeszcze więcej krwi. Powietrze przepełnił metaliczny zapach, mocniejszy niż zazwyczaj. Atmosfera zgęstniała, kurz podniósł się z podłogi, świat wokoło jakby zwolnił. Nie dało się usłyszeć panicznego krzyku Valiantów. Powietrze drżało od magii.
Othello uniósł palec do swoich ust, pokrył dolną wargę czerwienią. Wbił spojrzenie w Astorię, która wydała się mu zniewalająca niczym posąg bogini zapomnianej, zakazanej religii. Rytuał się rozpoczął. Zakrwawione usta musiały się złączyć. Zjednoczenie krwi i ciała w jednym geście.
To były ciekawe myśli, jednak w głębi serca Othello się z nimi nie zgadzał. Tak naprawdę, mimo całego udawania, mimo pozornego chłodu, był romantykiem. Marzył o odnalezieniu światła w pomroce swego życia. Kogoś, kto by go kochał bezinteresownie. Kto, by go zrozumiał, bez wyśmiewania ani lęku. Nie spotkał jeszcze takiej osoby. Nawet zbytnio na to nie liczył.
Astoria Avery, czystokrwista piękność, potrzebowała od niego gestu. Przedstawienia. Nie było to nic trudnego, dla kogoś, kto całe życie odgrywał pewną rolę w tym teatrze świata, przed surowym obliczem bogów śmiejących się z ludzkich nieszczęść.
– Te stworzenia żerują na naszych obawach. Na zwątpieniu. Jeśli jednak pokażemy im, że jesteśmy równie zdeprawowani, możemy ich pokonać – rzekł półgłosem. – Nie ścierpią tego podobieństwa. Będziemy dla nich niczym lustro.
O tak, dobrze wynajdował taką symbolikę. Czasem nawet przesadzał, czym wzbudzał okrutne kpiny swojego rodzeństwa. Teraz jednak sądził, że mierzył się z przeciwnikami, którzy dzielili jego pasję do nadawania rzeczom nowego znaczenia.
Cały czas siedział prosto, przesuwał wzrokiem po pomieszczeniu. Kiedy jednak mówił, zatrzymywał się na Astorii. Zastanawiał się, jakie uczucia wzbudzała w niej ta sytuacja? Obrzydzenie? Obawę? A może ten delikatny dreszczyk, który również czuł Othello? Ten cały performance wydawał się bowiem estetycznie wyborny.
– Zgadza się – kiwnął głową, chwytając za ostry, srebrzony nóż, lśniący w blasku świec.
Raz.
Dwa.
Trzy.
Ostrze uczyniło karmazynową rysę na bladym opuszku palca. Othello delikatnie skrzywił się z bólu. Przycisnął skórę obok rany, uwalniając jeszcze więcej krwi. Powietrze przepełnił metaliczny zapach, mocniejszy niż zazwyczaj. Atmosfera zgęstniała, kurz podniósł się z podłogi, świat wokoło jakby zwolnił. Nie dało się usłyszeć panicznego krzyku Valiantów. Powietrze drżało od magii.
Othello uniósł palec do swoich ust, pokrył dolną wargę czerwienią. Wbił spojrzenie w Astorię, która wydała się mu zniewalająca niczym posąg bogini zapomnianej, zakazanej religii. Rytuał się rozpoczął. Zakrwawione usta musiały się złączyć. Zjednoczenie krwi i ciała w jednym geście.
Książę ciemności
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.