A co jeśli duszy nie ma? No właśnie, co wtedy? Pozostawała marność i nic więcej, bo cóż człowiek mógł począć bez tego pierwiastka, który podobno tworzył go od podstaw, od samego początku i sprawiał że był tym kim był? Poruszał się, mówił i podejmował decyzje, jakich nikt inny nie mógłby na jego miejscu podjąć? Zabini nigdy nie była skora przesadnie zastanawiać się nad tym, co by było gdyby wziąć ten pierwiastek i odjąć go od równania które dawało człowieka. Nie wierzyła nawet w to, że ważył on dokładnie dwadzieścia jeden gramów.
Prawie się go jednak spytała, czy ostatnio się ważył. Starała się jednak odsunąć od siebie przekorę. Tę odrobinę jadu, która wciąż w niej tkwiła, jakby ostatnie zasieki, które zostały jej do obrony. Nie ważne bowiem, jak intensywnie się mu przypatrywała i studiowała jego twarz, nie mogła znaleźć w niej niczego, co byłoby jawną prowokacją. Chęć zaśmiania mu się w twarz czy wywrócenia oczami na te dramaty została więc jednoznacznie odsunięta, a ona złapała się całej sytuacji kurczowo niemal, dopatrując się szansy na pojednanie.
— Zostawiłeś mnie na długo przed tym jak ja zostawiłam ciebie — powiedziała cicho, z jakimś smutnym tonem uleżanego już smutku. To, jak potoczyły się ich losy, gryzło ją od dłuższego czasu i nieustannie, ale czas miał to do siebie, że dzięki niemu niektóre sprawy stawały się… bardziej zjadliwe. Bo nie było jej z tym lżej. Ich zachowanie ciążyło tak samo, ale było bardziej znośne i znajome. Powoli zaczynała spodziewać się niektórych rzeczy, tak samo jak żeglarz mógł spodziewać się przypływów. — Ale przepraszam, że nie było mnie wtedy, kiedy tego potrzebowałeś — dodała szczerze i bez problemu. Tego faktycznie żałowała, tak samo z tej lepszej swojej strony, jak i zwykłej zawiści. Gdzieś w niej istniało bowiem podejrzenie, że Beltane rozpoczęło coś, na temat czego plotki powoli rozpędzały się przez lato, wreszcie osiągając kulminację podczas Ekstazy Merlina. Te same, o które mieli awanturę jeszcze parę dni temu. Bo co jeśli jej nieobecność faktycznie stanowiło otwarcie dla kobiety, o którą była zazdrosna? Co jeśli sama przegrała sobie grę, którą tak usilnie próbowała wygrać? Poddała się i nawet tego nie zauważyła.
Usiadł wreszcie obok niej, sięgając po jej rękę. Odrobinę liczyła na to, że ją obejmie. Że wyciągnie do niej ręce i zamknie w uścisku, który naprawi wszystko. Naiwne to było i zdawała sobie z tego sprawę jak nigdy wcześniej, bo jednak szczera rozmowa – którą ciężko było jako rozmowę traktować, bo było to zaledwie parę wymienionych zdań – niewiele mogła naprawić. Zamiast przytulić – ujął jej dłoń, pociągając do własnego czoła. Wyglądał trochę, jakby leżał od pewnego czasu w gorączce, lepki od potu wydając się niemalże skrajnie chorym albo na granicy ułudy, ale brakowało wysokiej temperatury która rozpalałaby skórę. Był zimny, chorobliwie zimny, niczym ciała które czasem rozkrajała by przyjrzeć się temu, jak układając się zwoje zamknięte pod czaszką. Nie, był zimniejszy.
Jej dłoń przez chwilę trwała na jego czole, dokładnie tam gdzie ją poprowadził, ale wreszcie zawędrowała niżej, na jego policzek, gładząc go z czułością. Przyglądała się wysiłkowi, jaki wkładał w całą tę interakcję, jakby wzdrygał się – nie, jakby coś w nim wzdrygało sie na samą jej bliskość. Obróciła tę myśl w głowie parę razy. Ostrożnie i z uwagą, która sięgała powoli po skalpel by zajrzeć gdzieś głębiej i poszukać jej źródła.
— Chcesz, żebym ci zaśpiewała? Gdzie chciałbyś pójść? Mogę cię zabrać gdzie tylko chcesz.
Within the illusions hide real illusions... from the real illusions, the illusions are created.
Within the truth hides the lie... within the lie hides the truth.