16.03.2023, 11:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2023, 14:22 przez Brenna Longbottom.)
- Myślę, że podziała. W końcu taką informację dostaliśmy– mruknęła jeszcze do brata, kiedy dopytywał o świece. Jej wiara w Albusa pozostawała niezachwiana. Jeszcze. Kto wie, czy najbliższa noc tego nie zmieni? - Gdyby coś się działo, puszczamy pomarańczowe iskry? To nie jest ministerialny sygnał.
Po prostu posłała Patrickowi uśmiech, gdy się odezwał. Ona wiedziała, i on też wiedział, że żadne z nich nie zastosuje się do tych słów, ale doceniała, że je wypowiedział – ze względu na Danielle, Heather i Charliego, którzy jeszcze nie byli chyba w stu procentach pewni, na co się pisali. Nie, właściwie nie mogłeś być pewny, póki nie przeszedłeś prawdziwego chrztu ognia.
- Nic z tego, Jules, żadnej drugiej kolejki – zaprotestowała, przejmując świecę, bo choć zmartwiła się trochę, że Thomas nie przyszedł, wyglądało na to, że rytuał ukończyli już wszyscy. – To przecież działa tak, że pierwszy raz dostajesz bez opłat, żebyś potem wracał po więcej i był gotów płacić – zażartowała dość nieudolnie, by potem świece i kadzidła z powrotem spakować. Ruchy miała pewne, wyraz twarzy niewzruszony, kolejne z wielu jej kłamstw.
Rozejrzała się po zgromadzonych. Co miałaby powiedzieć ludziom, których mogła więcej nie zobaczyć – bo oni zginą albo zginie ona? Bratu i kuzynostwu, że ich kocha, Patrickowi, jak bardzo go szanuje, Heather, że dobrze sobie radzi, Charliemu, że jeszcze odmieni się jego los, Alastarowi, że będą pilnować jego pleców? Słowa zatańczyły na języku i umarły, nim opuściły usta, bo zdawały się jej puste i niepotrzebne.
Za to gdy już, już, miała ruszyć dalej, na moment nim znikła pośród drzew, kierując się na polanę, obróciła się ku nim jeszcze. Na jej ustach zaigrał pierwszy szczery uśmiech tego ranka, niezbyt szeroki, trochę zawadiacki, gdy wypowiadała do nich słowa, być może ostatnie, jakie mieli od niej usłyszeć:
- Jebać Voldemorta.
Po prostu posłała Patrickowi uśmiech, gdy się odezwał. Ona wiedziała, i on też wiedział, że żadne z nich nie zastosuje się do tych słów, ale doceniała, że je wypowiedział – ze względu na Danielle, Heather i Charliego, którzy jeszcze nie byli chyba w stu procentach pewni, na co się pisali. Nie, właściwie nie mogłeś być pewny, póki nie przeszedłeś prawdziwego chrztu ognia.
- Nic z tego, Jules, żadnej drugiej kolejki – zaprotestowała, przejmując świecę, bo choć zmartwiła się trochę, że Thomas nie przyszedł, wyglądało na to, że rytuał ukończyli już wszyscy. – To przecież działa tak, że pierwszy raz dostajesz bez opłat, żebyś potem wracał po więcej i był gotów płacić – zażartowała dość nieudolnie, by potem świece i kadzidła z powrotem spakować. Ruchy miała pewne, wyraz twarzy niewzruszony, kolejne z wielu jej kłamstw.
Rozejrzała się po zgromadzonych. Co miałaby powiedzieć ludziom, których mogła więcej nie zobaczyć – bo oni zginą albo zginie ona? Bratu i kuzynostwu, że ich kocha, Patrickowi, jak bardzo go szanuje, Heather, że dobrze sobie radzi, Charliemu, że jeszcze odmieni się jego los, Alastarowi, że będą pilnować jego pleców? Słowa zatańczyły na języku i umarły, nim opuściły usta, bo zdawały się jej puste i niepotrzebne.
Za to gdy już, już, miała ruszyć dalej, na moment nim znikła pośród drzew, kierując się na polanę, obróciła się ku nim jeszcze. Na jej ustach zaigrał pierwszy szczery uśmiech tego ranka, niezbyt szeroki, trochę zawadiacki, gdy wypowiadała do nich słowa, być może ostatnie, jakie mieli od niej usłyszeć:
- Jebać Voldemorta.
Postać opuszcza sesję
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.