01.06.2026, 19:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.06.2026, 19:36 przez Lukas Nott.)
Lukas przez krótką chwilę po prostu na nią patrzył. Jej słowa odbiły się w jego głowie jak niekończące się echo. Widział, jak Asena odrywa się od niego, jak zasłania usta rękawem i rusza w stronę kamienicy, do której chwilę wcześniej wszedł człowiek mający najwyraźniej mniej instynktu samozachowawczego niż płonąca belka. Przez moment wszystko w nim zaprotestowało naraz. Ona jest szalona. Nie odważna. Nie rozsądna. Nie bohaterska w ten ładny, opowiadany później przy kieliszku sposób. Szalona. Kompletna wariatka, która zobaczyła płonący budynek, człowieka wbiegającego prosto w śmierć i uznała, że najlepszą odpowiedzią będzie pobiec za nim.
— Czekaj! — warknął za nią, ale dym i huk pękającego drewna połknęły jego głos niemal natychmiast.
Zacisnął zęby. Mógł ją zostawić. Powinien ją zostawić. Powinien złapać najbliższego uzdrowiciela, aurora, kogokolwiek, kto miał jeszcze siłę i choć odrobinę rozsądku. Powinien wrócić do głównej ulicy, do punktu medycznego, do ludzi, którym dało się jeszcze pomóc bez pchania się pod zawalający sufit. Ale Asena już biegła. A on znał ten rodzaj decyzji. Głupi, gwałtowny, podjęty szybciej niż myśl. Taki, po którym człowiek albo wychodził z ogniem na ubraniu, albo nie wychodził wcale.
— Kurwa… — rzucił pod nosem.
I pobiegł za nią.
Dopadł wejścia chwilę po niej, czując, jak żar uderza go w twarz z taką siłą, jakby ktoś otworzył przed nim drzwi pieca. Powietrze było gęste, czarne od dymu i pełne drobin popiołu, które natychmiast oblepiły mu język, gardło, oczy. Zasłonił usta przedramieniem i wszedł do środka, pochylając głowę, kiedy nad nimi z trzaskiem pękła jedna z nadpalonych belek.
// af ◉◉◉◉○ na wbiegnięcie do płonącego budynku
Asena była szybsza. Przemknęła przez próg, pochylona nisko, z rękawem przyciśniętym do ust, i niemal od razu zniknęła w gęstym, czarnym dymie. Lukas widział jeszcze przez moment jej sylwetkę między językami ognia i rozchwianymi cieniami, jak przemyka dalej, w głąb korytarza, za Suttonem. Chciał ją dogonić. Chciał złapać ją za ramię, zatrzymać, choćby szarpnąć z powrotem, zanim kamienica postanowi zawalić się im wszystkim na głowy. Nie zdążył. Ledwie przekroczył próg, kiedy nad nim rozległ się trzask. Krótki, suchy, niemal niewyróżniający się spośród całego jęku płonącego domu. Dopiero potem coś ciężkiego oderwało się od sufitu. Lukas uniósł głowę odruchowo, za późno, żeby uskoczyć, za późno nawet, żeby porządnie zasłonić kark. Nadpalona deska runęła mu na plecy. Uderzenie wbiło go w dół, brutalne i niespodziewane. Przez sekundę nie było ognia, dymu ani Aseny. Był tylko ból. Ostry, rozlany od karku przez łopatki aż po krzyż, jakby ktoś przeciągnął mu po plecach rozgrzanym żelazem. Powietrze uciekło mu z płuc z tym samym, upokarzająco zduszonym dźwiękiem co wcześniej, gdy but napastnika wszedł mu pod żebra. Tamten ból wrócił natychmiast. Tępy, głęboki, znajomy. Nierozgojony brzuch skurczył się gwałtownie, żebra zaprotestowały, a całe ciało przypomniało mu naraz, że nie było z kamienia. Zachwiał się. Próbował utrzymać równowagę, naprawdę próbował. Palce zacisnęły mu się na framudze, paznokcie zaryły w zwęglone drewno, ale materiał skruszył się pod dłonią jak popiół. Kolejny podmuch gorąca uderzył od środka kamienicy. Ogień zawył w korytarzu, pchnął dym prosto w jego twarz, a Lukas, oślepiony i pozbawiony tchu, cofnął się o krok. Potem o drugi. A potem deska, wciąż oparta o jego plecy, osunęła się ciężarem i wypchnęła go z powrotem na zewnątrz. Wypadł z budynku bokiem, bardziej rzucony niż cofający się świadomie. Uderzył barkiem o bruk, przetoczył się niezgrabnie przez popiół i szkło, aż zatrzymał się dopiero kilka kroków od wejścia. Świat szarpnął się gwałtownie, rozmazał na pomarańczowo i czarno. Przez chwilę leżał na boku, z ustami otwartymi bezgłośnie, próbując złapać oddech, który nie chciał wrócić. Każda próba poruszenia się kończyła się ostrym skurczem bólu. Każdy oddech ciągnął pod żebrami, jakby ktoś zacisnął mu tam żelazną obręcz. Kaszlnął raz, potem drugi, wypluwając na bruk ślinę zmieszaną z sadzą.
— Kurwa… — wychrypiał, ale głos wyszedł z niego ledwie słyszalny.
Podniósł wzrok na wejście do kamienicy. Na czarny otwór drzwiowy, z którego buchał dym. Na ogień pełzający po framudze. Na miejsce, w którym przed chwilą zniknęła tamta kobieta. Spróbował podeprzeć się na łokciu. Ból przeszył go od pleców aż po skronie tak mocno, że ręka ugięła się pod nim natychmiast. Opadł z powrotem na bruk, zaciskając zęby, żeby nie krzyknąć. Wściekłość przyszła sekundę później. Głupia, bezsilna, paląca prawie tak samo jak oparzenie na jego plecach.
— Czekaj! — warknął za nią, ale dym i huk pękającego drewna połknęły jego głos niemal natychmiast.
Zacisnął zęby. Mógł ją zostawić. Powinien ją zostawić. Powinien złapać najbliższego uzdrowiciela, aurora, kogokolwiek, kto miał jeszcze siłę i choć odrobinę rozsądku. Powinien wrócić do głównej ulicy, do punktu medycznego, do ludzi, którym dało się jeszcze pomóc bez pchania się pod zawalający sufit. Ale Asena już biegła. A on znał ten rodzaj decyzji. Głupi, gwałtowny, podjęty szybciej niż myśl. Taki, po którym człowiek albo wychodził z ogniem na ubraniu, albo nie wychodził wcale.
— Kurwa… — rzucił pod nosem.
I pobiegł za nią.
Dopadł wejścia chwilę po niej, czując, jak żar uderza go w twarz z taką siłą, jakby ktoś otworzył przed nim drzwi pieca. Powietrze było gęste, czarne od dymu i pełne drobin popiołu, które natychmiast oblepiły mu język, gardło, oczy. Zasłonił usta przedramieniem i wszedł do środka, pochylając głowę, kiedy nad nimi z trzaskiem pękła jedna z nadpalonych belek.
// af ◉◉◉◉○ na wbiegnięcie do płonącego budynku
Rzut PO 1d100 - 6
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Asena była szybsza. Przemknęła przez próg, pochylona nisko, z rękawem przyciśniętym do ust, i niemal od razu zniknęła w gęstym, czarnym dymie. Lukas widział jeszcze przez moment jej sylwetkę między językami ognia i rozchwianymi cieniami, jak przemyka dalej, w głąb korytarza, za Suttonem. Chciał ją dogonić. Chciał złapać ją za ramię, zatrzymać, choćby szarpnąć z powrotem, zanim kamienica postanowi zawalić się im wszystkim na głowy. Nie zdążył. Ledwie przekroczył próg, kiedy nad nim rozległ się trzask. Krótki, suchy, niemal niewyróżniający się spośród całego jęku płonącego domu. Dopiero potem coś ciężkiego oderwało się od sufitu. Lukas uniósł głowę odruchowo, za późno, żeby uskoczyć, za późno nawet, żeby porządnie zasłonić kark. Nadpalona deska runęła mu na plecy. Uderzenie wbiło go w dół, brutalne i niespodziewane. Przez sekundę nie było ognia, dymu ani Aseny. Był tylko ból. Ostry, rozlany od karku przez łopatki aż po krzyż, jakby ktoś przeciągnął mu po plecach rozgrzanym żelazem. Powietrze uciekło mu z płuc z tym samym, upokarzająco zduszonym dźwiękiem co wcześniej, gdy but napastnika wszedł mu pod żebra. Tamten ból wrócił natychmiast. Tępy, głęboki, znajomy. Nierozgojony brzuch skurczył się gwałtownie, żebra zaprotestowały, a całe ciało przypomniało mu naraz, że nie było z kamienia. Zachwiał się. Próbował utrzymać równowagę, naprawdę próbował. Palce zacisnęły mu się na framudze, paznokcie zaryły w zwęglone drewno, ale materiał skruszył się pod dłonią jak popiół. Kolejny podmuch gorąca uderzył od środka kamienicy. Ogień zawył w korytarzu, pchnął dym prosto w jego twarz, a Lukas, oślepiony i pozbawiony tchu, cofnął się o krok. Potem o drugi. A potem deska, wciąż oparta o jego plecy, osunęła się ciężarem i wypchnęła go z powrotem na zewnątrz. Wypadł z budynku bokiem, bardziej rzucony niż cofający się świadomie. Uderzył barkiem o bruk, przetoczył się niezgrabnie przez popiół i szkło, aż zatrzymał się dopiero kilka kroków od wejścia. Świat szarpnął się gwałtownie, rozmazał na pomarańczowo i czarno. Przez chwilę leżał na boku, z ustami otwartymi bezgłośnie, próbując złapać oddech, który nie chciał wrócić. Każda próba poruszenia się kończyła się ostrym skurczem bólu. Każdy oddech ciągnął pod żebrami, jakby ktoś zacisnął mu tam żelazną obręcz. Kaszlnął raz, potem drugi, wypluwając na bruk ślinę zmieszaną z sadzą.
— Kurwa… — wychrypiał, ale głos wyszedł z niego ledwie słyszalny.
Podniósł wzrok na wejście do kamienicy. Na czarny otwór drzwiowy, z którego buchał dym. Na ogień pełzający po framudze. Na miejsce, w którym przed chwilą zniknęła tamta kobieta. Spróbował podeprzeć się na łokciu. Ból przeszył go od pleców aż po skronie tak mocno, że ręka ugięła się pod nim natychmiast. Opadł z powrotem na bruk, zaciskając zęby, żeby nie krzyknąć. Wściekłość przyszła sekundę później. Głupia, bezsilna, paląca prawie tak samo jak oparzenie na jego plecach.