01.06.2026, 22:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.06.2026, 22:25 przez Astoria Avery.)
Obserwowała go przez krótką chwilę w milczeniu, stojąc pośrodku zrujnowanego pomieszczenia. Jej uwaga coraz mniej skupiała się na zniszczeniach. Coraz bardziej na nim. Na tym, jak naturalnie odłożył jej torby, jakby robił to od zawsze. Jak bez zawahania zakasał rękawy, nie wyglądając przy tym ani na zirytowanego, ani znudzonego, ani tym bardziej zmuszonego do czegokolwiek. To właśnie było najbardziej podejrzane. Rodolphus Lestrange nie wyglądał jak człowiek, który przypadkiem zatrzymuje się przy cudzych problemach. A już na pewno nie jak ktoś, kto dobrowolnie spędza poniedziałkowe popołudnie w półspalonej kamienicy starszej kobiety, której nawet nie znał.
A jednak stał tutaj, pośród sadzy i szkła, z różdżką w dłoni i tym swoim spokojem, który działał jej na nerwy bardziej niż gdyby był arogancki albo złośliwy. Bo wtedy łatwiej byłoby go nie lubić. Na jego uwagę o dobrze wychowanych czarownicach uniosła wzrok powoli, bardzo powoli, z tym charakterystycznym dla siebie wyrazem twarzy, który zawsze pojawiał się chwilę przed słowną szpilą. Nie odpowiedziała od razu. Pozwoliła ciszy przeciągnąć się między nimi, cienkiej i miękkiej jak jedwabna nić. Przez krótką chwilę tylko przyglądała mu się spode łba, jakby wciąż rozważała, czy nie powinna przypadkiem wyrzucić go za drzwi razem z pierwszą stertą gruzu.
- Dobrze wychowane czarownice - odezwała się w końcu łagodnie, niemal leniwie, strzepując opuszkami palców pył z osmalonego fragmentu komody - zazwyczaj nie muszą się zastanawiać, jakie ukryte intencje kryją się za pomocą.
Niby żartowała, ale jednak nie rozumiała. Przesunęła spojrzeniem po pomieszczeniu - wyglądało fatalnie. W kącie przewrócony regał przygniótł stos książek, z których część była całkowicie zniszczona; kartki posklejały się od wody użytej do gaszenia pożaru, tworząc zdeformowaną masę przypominającą bardziej kawałki gliny niż papier. Na podłodze połyskiwały drobiny szkła. Przy każdym kroku chrzęściły cicho pod podeszwami jej butów. Astoria powoli obeszła pomieszczenie, a jej spojrzenie zaczęło nabierać tego szczególnego skupienia, które pojawiało się u niej zawsze wtedy, gdy miała coś naprawić. Chaos przestawał być chaosem - rozpadał się na elementy, które można było uporządkować, ocalić, odbudować. Przykucnęła przy jednej z szafek, ostrożnie przesuwając dłonią po nadpalonym drewnie.
Jej palce mocniej zacisnęły się na różdżce. Delikatnym ruchem nakreśliła w powietrzu łuk. Przez pierwszych kilka minut próbowała naprawić największe uszkodzenie, ale coś ewidentnie ją rozpraszało, bo pierwsza próba skończyła się porażką.
Dopiero po chwili jej spojrzenie mimowolnie przesunęło się w stronę Rodolphusa. I wtedy zatrzymało się na nim odrobinę dłużej. Było w tym coś niemal absurdalnego. Arystokrata, który wyrywał się do sprzątania. Większość z nich prędzej znalazłaby trzy skrzaty domowe i zarządziła sprzątanie z bezpiecznej odległości niż sama ubrudziła sobie ręce. A Rodolphus wyglądał tak, jakby nie widział w tym niczego szczególnego. To chyba zdziwiło ją najbardziej.
- Dobrze ci idzie - przyznała, coraz bardziej doceniając jego pomoc.
rzuty na renowację
A jednak stał tutaj, pośród sadzy i szkła, z różdżką w dłoni i tym swoim spokojem, który działał jej na nerwy bardziej niż gdyby był arogancki albo złośliwy. Bo wtedy łatwiej byłoby go nie lubić. Na jego uwagę o dobrze wychowanych czarownicach uniosła wzrok powoli, bardzo powoli, z tym charakterystycznym dla siebie wyrazem twarzy, który zawsze pojawiał się chwilę przed słowną szpilą. Nie odpowiedziała od razu. Pozwoliła ciszy przeciągnąć się między nimi, cienkiej i miękkiej jak jedwabna nić. Przez krótką chwilę tylko przyglądała mu się spode łba, jakby wciąż rozważała, czy nie powinna przypadkiem wyrzucić go za drzwi razem z pierwszą stertą gruzu.
- Dobrze wychowane czarownice - odezwała się w końcu łagodnie, niemal leniwie, strzepując opuszkami palców pył z osmalonego fragmentu komody - zazwyczaj nie muszą się zastanawiać, jakie ukryte intencje kryją się za pomocą.
Niby żartowała, ale jednak nie rozumiała. Przesunęła spojrzeniem po pomieszczeniu - wyglądało fatalnie. W kącie przewrócony regał przygniótł stos książek, z których część była całkowicie zniszczona; kartki posklejały się od wody użytej do gaszenia pożaru, tworząc zdeformowaną masę przypominającą bardziej kawałki gliny niż papier. Na podłodze połyskiwały drobiny szkła. Przy każdym kroku chrzęściły cicho pod podeszwami jej butów. Astoria powoli obeszła pomieszczenie, a jej spojrzenie zaczęło nabierać tego szczególnego skupienia, które pojawiało się u niej zawsze wtedy, gdy miała coś naprawić. Chaos przestawał być chaosem - rozpadał się na elementy, które można było uporządkować, ocalić, odbudować. Przykucnęła przy jednej z szafek, ostrożnie przesuwając dłonią po nadpalonym drewnie.
Jej palce mocniej zacisnęły się na różdżce. Delikatnym ruchem nakreśliła w powietrzu łuk. Przez pierwszych kilka minut próbowała naprawić największe uszkodzenie, ale coś ewidentnie ją rozpraszało, bo pierwsza próba skończyła się porażką.
Rzut N 1d100 - 2
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Dopiero po chwili jej spojrzenie mimowolnie przesunęło się w stronę Rodolphusa. I wtedy zatrzymało się na nim odrobinę dłużej. Było w tym coś niemal absurdalnego. Arystokrata, który wyrywał się do sprzątania. Większość z nich prędzej znalazłaby trzy skrzaty domowe i zarządziła sprzątanie z bezpiecznej odległości niż sama ubrudziła sobie ręce. A Rodolphus wyglądał tak, jakby nie widział w tym niczego szczególnego. To chyba zdziwiło ją najbardziej.
- Dobrze ci idzie - przyznała, coraz bardziej doceniając jego pomoc.
Rzut N 1d100 - 49
Słaby sukces...
Słaby sukces...
rzuty na renowację
learn the rules
then break some
then break some