Mleczna mgła w kuli skłębiła się, formując w symbol którego znaczenie Ginny pochwyciła z łatwością. Zagrożenie. Tak, cokolwiek kryło się w chatce Helloise, cokolwiek się w niej zmieniło, rozsiewało dookoła siebie tę nieprzyjemną aurę, przed którą próbowały ostrzec wywoływane znaki. Ale wróżbitka poczuła coś jeszcze.
Jej trzecie oko mrugnęło. Szybko, jakby coś właśnie w nie wpadło, drażniąc nieprzyjemnie, tylko właściwie jak to było możliwe? Uczucie pochodziło gdzieś ze środka, napawało niepokojem i wreszcie rozlało się po całym jej ciele, na moment odrywając od zaciemnionego pokoiku i Helloise.
Mrugnięcie. Nie, tylko od Helloise. Guinevere wciąż siedziała przy swoim stoliku, z rękoma ułożonymi nad kulą, otoczona ciemnością. Ta wydawała się teraz o wiele głębsza, lejąca niczym aksamit, otulająca ją miękko.
Mrugnięcie. Mgła zawarta w kryształowej kuli zgęstniała. Powoli, z pewnym rozleniwieniem, a z czego wróżbitka zdała sobie sprawę dopiero po chwili. Kształtowało się w niej coś nowego, odwracało się przodem w jej stronę, a Ginny nagle ogarnęło wrażenie, że znajduje się w obecności czegoś bardzo, ale to bardzo starego.
Kolejny trzepot rzęs uzmysłowił jej, że mglisty kształt nie znajduje się już w kuli, a tuż przed nią. A może to ona jakiś cudem przybliżyła do niego twarz? Palec wyciągał się w jej stronę w oskarżycielskim geście. Powyginany, pełen zwyrodnień z długim paznokciem zakończonym ostro. Paznokciem, który zbliżał się powoli, powolutku, prosto do jej oka, a ona nie mogła ani się ruszyć, ani zamknąć oczu.
To było, jakby palec przeszedł przez taflę wody. Miękko i bez oporu, a Ginny nie miała przez moment pojęcia, co ma przed oczami. Mleczna mgła kłębiła się, przylegając do rogówki i próbując wcisnąć dalej, pod otwarte szeroko powieki. Jej stężenie wydawało się zmieniać, jakby miotał ją wiatr, ale w niektórych przebłyskach wróżbitka mogła poczuć… naturę. Leśną gęstwinę, którą widziała w biegu, niczym rozmytą nieco zieloną plamę. Majową polanę. Toczące się po wzgórzu szyszki, które właśnie spadły z drzewa. Kroplę deszczu, która przetaczała się po liściu w promieniach słońca. Stała na granicy uroczyska; olbrzymiego, wiekowego drzewa, które było puste w środku, a jednocześnie wciąż miało intensywnie zielone liście, nawet kiedy dookoła panowała wiosna, lato, jesień, zima… Śnieg zlał się z mgłą i nagłą świadomością, że coś z wnętrza tego pnia na nią patrzyło.
— Nie lubię, kiedy ktoś mnie podgląda — usłyszała ostrzegawczy głos. Chropowaty, jakby ktoś właśnie szurał paznokciami po korze drzewa. McGonnagall poczuła, jak coś próbuje w jej środku zaprowadzić nowe porządki. Przesunąć coś nienaturalnie. Na chwilę, ale co jednocześnie miało stanowić ostrzeżenie.
Zamrugała gwałtownie, strząsając z siebie uczucie nieważkości i odrealnienia. Znowu siedziała w swoim pokoiku w towarzystwie Helloise. Mgła w kuli też wydawała się wrócić do normy, ale gdzieś z tyłu głowy pozostawało uczucie, że nie powinna odpowiadać na kolejne pytania Helloise dotyczące chatki.
Ginny