03.06.2026, 04:14 ✶
Czekał. Siedział na łóżku z wyciągniętą ręką. W dłoni miał krówkę. Odważył się nawet spojrzeć mu w oczy, chociaż Zenek sam miał minę nietęgą. W końcu poszedł wzrokiem za ruchem dłoni Crowa, ku obojczykom. No, tak lepiej.
Zgnieciona krówka zaczynała mu jednak ciążyć. Karmel w środku się rozlewał i palił. Wypalał mu środek dłoni. Zenek pomyślał, że zaraz albo nie będzie miał ręki, albo spadnie z cukierkiem przez łóżko na drugą stronę planety. Palce już mu mrowiły. A Crow nic. Do czasu.
Gdy tylko padła jakakolwiek afirmacja, Zenek zamknął pięść. A że Crow się po tę krówkę nie garnął, to sam sięgnął po Crowa. Wolną ręką pociągnął go do przodu. Dłonią z krówką w pięści zaczął rozgarniać mu palce, aż przełożył mu krówkę w formie pokracznego uścisku. Co w sumie powinno się było wydarzyć na samym początku, gdy Crow wybrał okno zamiast drzwi jak człowiek. “Dzień dobry, jestem Kra.” “A ja Zenek.” “Długo mnie nie było.” Czy takie to było trudne?
Twarz Zenek miał absolutnie niewzruszoną, oczywiście. Wstąpił w tryb “za konsoletą”. Głos miał jednak nadal ciepły i miękki, jak krówka ciągutka ogrzana środkiem dłoni. — To jest krówka. Taka do jedzenia. Usiadłem na niej. — powtórzył. Wiedział, że powtórzył, jak tylko zamknął jadaczkę. Zamknął palce Crowa wokół karmelowego wynalazku i drgnął w barkach. Trzymał jeszcze przez sekundę dłoń na wierzchu jego dłoni. Potem puścił. Odetchnął jakby z ulgą.
— W Rejwachu… dobrze. Woody dobrze płaci. — cofnął się na łóżku. Nogi tymczasowo skrzyżował po turecku. Te nieszczęsne dżinsy tarły się o siebie. Ofiary afery krówkowej, skutek wysokiej pensji: modelowe Levisy. Gdy je kupował w ‘68, dżinsy jeszcze nie wiedziały, czego im będzie dane doświadczyć. Poza incydentem z ‘69 przetrwały dotąd bez mycia i nosiły wszystkie ślady bycia z Zenkiem. Niezmywalne zaklęciami plamy, otarcia na kolanach. Brudne nogawki. Zenek nie posiadał wygodniejszych ciuchów. W sumie, gdyby nie znajomość z Crowem, nie miałby ich teraz na sobie.
Na pytanie o koncert nie odpowiedział. Podobnie jak na pytanie o piosenki. Robiło się ich już trochę za dużo. Uszy Zenka zaczynał zalewać karmel.
Rozplątał nogi i wychylił się za krawędź łóżka. Walizkę z instrumentem trzymał pod ramą, tam, gdzie noże Crowa. Żeby po nią sięgnąć, musiał nachylić się nad swoją stroną łóżka, gdzie trzymał poduszkę. Wyglądało to zatem, jakby zaraz miał się położyć, ale ręką sięgał pod łóżko. Wierzchem dłoni przejechał po krawędzi noża. Ostre. Wyjął dłoń. Z Crowem po drodze to się nie mogło udać. Zsunął się więc na podłogę, rozwiązując tajemnicę otarć na kolanach. — Nie. Tylko trochę mnie denerwuje, że ty nie odpowiadasz na swoje.
Obejmował walizkę z obu stron. Wysuwał ją ostrożnie, by nie aktywować tej magicznej nożowej konstrukcji. I tak czuł ich ostrza w swoim promieniu. Szurał kolanami po drewnianej podłodze, aż walizka wyjechała z impetem.
Odsunął się z walizką na środek pokoju. Przy okazji wszystko zagarniał na boki. Kapcie pojechały pod ścianę. Kable uginały się pod jego stopami. Koszulka z kaktusem poturlała się niemal pod łóżko.
— Bowie? — zabrzmiało to, jakby się zastanawiał, ale odpowiedź miał na końcu języka. — Znam. Wchodzi na listy. — Zaczął rozpinać klamry walizki.
— Wydał w tym roku płytę. I w poprzednim. I w poprzednim. — klamry odpinały się jedna za drugą, aż klapa walizki opadła na dół, odsłaniając syntezator. — Brawo, geniuszu.
W dolnej klapie, tej z syntezatorem, trzymał składane nóżki. Były krótsze od tych scenicznych, które nosił osobno, ale dostosował je tak, by mógł komfortowo grać z podłogi. Albo nawet z łóżka. Uniósł syntezator i zręcznym ruchem je rozłożył. — Nawet go lubię — wrócił do Bowiego, wzrokiem zaś do Crowa. — Ale gitary to nie przyszłość.
Jedną nogę trzymał wyciągniętą na podłodze, drugą zgiętą i przysuniętą do nagiej klatki. Dżinsy miękko układały się po liniach ciała. Dorosły chłop, wysoki, a uginał się nad syntezatorem, jakby to była jakaś dziecięca zabawka. No, nie była. Dzieciak by jej nie uniósł. Smukłe dłonie trzymał na obudowie, w napięciu. Gotowe do grania.
Zgnieciona krówka zaczynała mu jednak ciążyć. Karmel w środku się rozlewał i palił. Wypalał mu środek dłoni. Zenek pomyślał, że zaraz albo nie będzie miał ręki, albo spadnie z cukierkiem przez łóżko na drugą stronę planety. Palce już mu mrowiły. A Crow nic. Do czasu.
Gdy tylko padła jakakolwiek afirmacja, Zenek zamknął pięść. A że Crow się po tę krówkę nie garnął, to sam sięgnął po Crowa. Wolną ręką pociągnął go do przodu. Dłonią z krówką w pięści zaczął rozgarniać mu palce, aż przełożył mu krówkę w formie pokracznego uścisku. Co w sumie powinno się było wydarzyć na samym początku, gdy Crow wybrał okno zamiast drzwi jak człowiek. “Dzień dobry, jestem Kra.” “A ja Zenek.” “Długo mnie nie było.” Czy takie to było trudne?
Twarz Zenek miał absolutnie niewzruszoną, oczywiście. Wstąpił w tryb “za konsoletą”. Głos miał jednak nadal ciepły i miękki, jak krówka ciągutka ogrzana środkiem dłoni. — To jest krówka. Taka do jedzenia. Usiadłem na niej. — powtórzył. Wiedział, że powtórzył, jak tylko zamknął jadaczkę. Zamknął palce Crowa wokół karmelowego wynalazku i drgnął w barkach. Trzymał jeszcze przez sekundę dłoń na wierzchu jego dłoni. Potem puścił. Odetchnął jakby z ulgą.
— W Rejwachu… dobrze. Woody dobrze płaci. — cofnął się na łóżku. Nogi tymczasowo skrzyżował po turecku. Te nieszczęsne dżinsy tarły się o siebie. Ofiary afery krówkowej, skutek wysokiej pensji: modelowe Levisy. Gdy je kupował w ‘68, dżinsy jeszcze nie wiedziały, czego im będzie dane doświadczyć. Poza incydentem z ‘69 przetrwały dotąd bez mycia i nosiły wszystkie ślady bycia z Zenkiem. Niezmywalne zaklęciami plamy, otarcia na kolanach. Brudne nogawki. Zenek nie posiadał wygodniejszych ciuchów. W sumie, gdyby nie znajomość z Crowem, nie miałby ich teraz na sobie.
Na pytanie o koncert nie odpowiedział. Podobnie jak na pytanie o piosenki. Robiło się ich już trochę za dużo. Uszy Zenka zaczynał zalewać karmel.
Rozplątał nogi i wychylił się za krawędź łóżka. Walizkę z instrumentem trzymał pod ramą, tam, gdzie noże Crowa. Żeby po nią sięgnąć, musiał nachylić się nad swoją stroną łóżka, gdzie trzymał poduszkę. Wyglądało to zatem, jakby zaraz miał się położyć, ale ręką sięgał pod łóżko. Wierzchem dłoni przejechał po krawędzi noża. Ostre. Wyjął dłoń. Z Crowem po drodze to się nie mogło udać. Zsunął się więc na podłogę, rozwiązując tajemnicę otarć na kolanach. — Nie. Tylko trochę mnie denerwuje, że ty nie odpowiadasz na swoje.
Obejmował walizkę z obu stron. Wysuwał ją ostrożnie, by nie aktywować tej magicznej nożowej konstrukcji. I tak czuł ich ostrza w swoim promieniu. Szurał kolanami po drewnianej podłodze, aż walizka wyjechała z impetem.
Odsunął się z walizką na środek pokoju. Przy okazji wszystko zagarniał na boki. Kapcie pojechały pod ścianę. Kable uginały się pod jego stopami. Koszulka z kaktusem poturlała się niemal pod łóżko.
— Bowie? — zabrzmiało to, jakby się zastanawiał, ale odpowiedź miał na końcu języka. — Znam. Wchodzi na listy. — Zaczął rozpinać klamry walizki.
— Wydał w tym roku płytę. I w poprzednim. I w poprzednim. — klamry odpinały się jedna za drugą, aż klapa walizki opadła na dół, odsłaniając syntezator. — Brawo, geniuszu.
W dolnej klapie, tej z syntezatorem, trzymał składane nóżki. Były krótsze od tych scenicznych, które nosił osobno, ale dostosował je tak, by mógł komfortowo grać z podłogi. Albo nawet z łóżka. Uniósł syntezator i zręcznym ruchem je rozłożył. — Nawet go lubię — wrócił do Bowiego, wzrokiem zaś do Crowa. — Ale gitary to nie przyszłość.
Jedną nogę trzymał wyciągniętą na podłodze, drugą zgiętą i przysuniętą do nagiej klatki. Dżinsy miękko układały się po liniach ciała. Dorosły chłop, wysoki, a uginał się nad syntezatorem, jakby to była jakaś dziecięca zabawka. No, nie była. Dzieciak by jej nie uniósł. Smukłe dłonie trzymał na obudowie, w napięciu. Gotowe do grania.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.