Zrobił absolutnie wszystko co w jego mocy (przynajmniej z tej kategorii rzeczy po których nie spodziewał się reakcji gniewnych lub pełnych przerażenia), żeby się wzbronić od udzielania odpowiedzi na to, co robił ze swoim życiem i gdzie zamierzał zniknąć, zanim Rejwach zdąży się obudzić. Wyszło mu to dobrze, tak przynajmniej wstępnie pomyślał. Nie dostał może fizycznej bliskości i został tu sam, przy tym łóżku. Usiadł, ale mógł spode łba wpatrywać się w muzyka rozkładającego swój instrument, więc chociaż nie mógł się do niego przykleić zgodnie ze swoimi oczekiwaniami, nie odebrał tego za coś czym powinien się nazbyt przejąć. Wsłuchiwał się w potok słów – uspokajało go to nieco, bo tak długo jak istniała ta konwersacja, tak długo słowa o tym, że mógł tu zostać były szczere. Ale było tam uszczypnięcie. Delikatne, niestety na tyle dotkliwe, aby temat nie ucichł mu w głowie i dudnił… To dudnienie lubiło robić się nieznośne.
Mimo tego uśmiechnął się, zaciskając palce na papierku owijającym krówkę.
Crow był wyraźnie smutny. Jego oblicze wciąż nosiło ten sam, obrzydliwy smutek – rozbił sobie w nim dom lata temu i nie chciał z niego wyjść. I wciąż pozował na tego smutnego chłopaka, grał rolę, z której nie potrafił się wydostać, chociaż wydawało mu się, że sam sobie tę klatkę zamknął na kluczyk. Zanim zniknął z Nokturnu też taki był, przynajmniej w ostatnim roku. I trochę chciał się obedrzeć z tej tajemnicy i powiedzieć: nie zawsze już taki będę, jeszcze potrafię być szczęśliwy. Tylko, że ta historia wymagała opowiedzenia o tym, jak przez moment trzymał w garści wszystko, a później to stracił przez własną głupotę i chciwość.
Opuścił głowę jeszcze niżej, chociaż i tak już się garbił. Musiał się w sobie zebrać do odpakowania cukierka i zatkania nim sobie ust. Dopiero po tym rzucił się w tył, tak żeby poczuć miękkość łóżka na swoich plecach. Niby słyszał jak Zenek rozkłada te klawisze, ale naga skóra i mokre włosy przyklejające mu się do twarzy pozostały elementem tego, co Crow widział teraz w swojej wyobraźni.
Nie wyglądał dziwnie. Spojrzenie utkwiło mu w suficie. Ale to zawsze tam było. To napięcie, że w jakiejś innej rzeczywistości, mógłby usłyszeć jak muzyk ponosi się i prostuje długie nogi, a później poczuć ostatnie krople zimnej wody opadające mu na uda, brzuch i twarz.
– Zajebisty typ – powiedział – z pojebanymi tekstami.
Nie miał pojęcia, że Woody dobrze płacił. Polecając to miejsce był pewien tylko jednego – że to dobry człowiek był i jeśli gdzieś miałeś być wyrzutkiem, to lepiej było być wyrzutkiem z Rejwachu, niż skończyć jak on. Fantazja z wakacji, ta że by mógł podrobić jakoś dokumenty, znaleźć sobie normalną robotę – co za absurd. Za każdym razem kończył tak samo. Więc to było jak spryskanie twarzy zimną wodą. Dobrze było słyszeć, że ktoś na kim mu zależało radził sobie dobrze i nie szorował po dnie swoich możliwości.
– Jak wszystko się zjebało – na samo wspomnienie rozjuszył się tak bardzo, że instynktownie sięgnął dłonią do paczki z papierosami, chociaż wciąż miał gębę zapchaną cukierkiem – to sobie wyobrażałem, że mógłbym wypierdolić na księżyc. – Nie dodał tego, bo mu się to wydawało oczywiste, że wszystkie ostatnie wydarzenia z tym związane oglądał z zapartym tchem. Ale oh – jak bardzo to do niego pasowało. Uciec przed wszystkim, z czym nie mógł sobie poradzić. Pozostawić każdą fantazję fantazją – i tę wakacyjną i tę o skrzyżowaniu ich oddechów – bo kiedy pozostawały fantazjami, mógł godzinami pochylać się nad każdą możliwością i romantyzować je do granic możliwości. Kiedy pojawiały się porażki, odmowy i słowa pełne goryczy, ciężej było do nich wrócić. – Jak ta suka, co tam zdechła. – Nawet to do niego pasowało, skoro Laurent miał go za psa.
Poruszył się wreszcie. Podciągnął nogi, położył je na łóżku, a następnie przekręcił się, podpierając głowę na łokciu, tak żeby widzieć Kozła. Ktoś tak uzdolniony muzycznie, nie powinien grywać w spelunach, ani pochylać się nad instrumentem, kiedy jedyną widownią był on – skończony dupek wpatrujący się w te długie, piękne palce z głową pełną brudnych myśli.
Mimo tego uśmiechnął się, zaciskając palce na papierku owijającym krówkę.
Crow był wyraźnie smutny. Jego oblicze wciąż nosiło ten sam, obrzydliwy smutek – rozbił sobie w nim dom lata temu i nie chciał z niego wyjść. I wciąż pozował na tego smutnego chłopaka, grał rolę, z której nie potrafił się wydostać, chociaż wydawało mu się, że sam sobie tę klatkę zamknął na kluczyk. Zanim zniknął z Nokturnu też taki był, przynajmniej w ostatnim roku. I trochę chciał się obedrzeć z tej tajemnicy i powiedzieć: nie zawsze już taki będę, jeszcze potrafię być szczęśliwy. Tylko, że ta historia wymagała opowiedzenia o tym, jak przez moment trzymał w garści wszystko, a później to stracił przez własną głupotę i chciwość.
Opuścił głowę jeszcze niżej, chociaż i tak już się garbił. Musiał się w sobie zebrać do odpakowania cukierka i zatkania nim sobie ust. Dopiero po tym rzucił się w tył, tak żeby poczuć miękkość łóżka na swoich plecach. Niby słyszał jak Zenek rozkłada te klawisze, ale naga skóra i mokre włosy przyklejające mu się do twarzy pozostały elementem tego, co Crow widział teraz w swojej wyobraźni.
Nie wyglądał dziwnie. Spojrzenie utkwiło mu w suficie. Ale to zawsze tam było. To napięcie, że w jakiejś innej rzeczywistości, mógłby usłyszeć jak muzyk ponosi się i prostuje długie nogi, a później poczuć ostatnie krople zimnej wody opadające mu na uda, brzuch i twarz.
– Zajebisty typ – powiedział – z pojebanymi tekstami.
Nie miał pojęcia, że Woody dobrze płacił. Polecając to miejsce był pewien tylko jednego – że to dobry człowiek był i jeśli gdzieś miałeś być wyrzutkiem, to lepiej było być wyrzutkiem z Rejwachu, niż skończyć jak on. Fantazja z wakacji, ta że by mógł podrobić jakoś dokumenty, znaleźć sobie normalną robotę – co za absurd. Za każdym razem kończył tak samo. Więc to było jak spryskanie twarzy zimną wodą. Dobrze było słyszeć, że ktoś na kim mu zależało radził sobie dobrze i nie szorował po dnie swoich możliwości.
– Jak wszystko się zjebało – na samo wspomnienie rozjuszył się tak bardzo, że instynktownie sięgnął dłonią do paczki z papierosami, chociaż wciąż miał gębę zapchaną cukierkiem – to sobie wyobrażałem, że mógłbym wypierdolić na księżyc. – Nie dodał tego, bo mu się to wydawało oczywiste, że wszystkie ostatnie wydarzenia z tym związane oglądał z zapartym tchem. Ale oh – jak bardzo to do niego pasowało. Uciec przed wszystkim, z czym nie mógł sobie poradzić. Pozostawić każdą fantazję fantazją – i tę wakacyjną i tę o skrzyżowaniu ich oddechów – bo kiedy pozostawały fantazjami, mógł godzinami pochylać się nad każdą możliwością i romantyzować je do granic możliwości. Kiedy pojawiały się porażki, odmowy i słowa pełne goryczy, ciężej było do nich wrócić. – Jak ta suka, co tam zdechła. – Nawet to do niego pasowało, skoro Laurent miał go za psa.
Poruszył się wreszcie. Podciągnął nogi, położył je na łóżku, a następnie przekręcił się, podpierając głowę na łokciu, tak żeby widzieć Kozła. Ktoś tak uzdolniony muzycznie, nie powinien grywać w spelunach, ani pochylać się nad instrumentem, kiedy jedyną widownią był on – skończony dupek wpatrujący się w te długie, piękne palce z głową pełną brudnych myśli.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.