05.06.2026, 04:15 ✶
— Gębę masz pełną karmelu, a bluźnisz.
Zenek nie był religijny, Boże broń. Jednak jakieś poczucie świętości posiadał. W towarzystwie klawiszy po prostu się nie przeklinało.
Zza spodni już wyciągał różdżkę. Bóg jeden wiedział, czemu dotąd jej jeszcze nie złamał. Lubił siadać w tak dziwnych pozycjach… Faktem pozostawało, że potrzebował tego badyla. Kra sobie mógł pstrykać palcami na latające noże, ale Zenek musiał mieć czym dłubać przy sprzęcie. Czymś podłużnym i konkretnym. A co do różdżki, to pewnie po prostu była elastyczna.
Zrobił swoje, by sprzęt rozpalić i uruchomić. Po kilku skrętach nadgarstka odrzucił różdżkę gdzieś do kąta. Obudowa zaiskrzyła. Odgarnął włosy z twarzy, mające jeszcze w pamięci elementy kaktusa. Spojrzał raz jeszcze na Crowa, co to miał fantazję być jak Laika. I chociaż zupełnie nie był w nastroju, to Zenek się uśmiechnął.
Przesunął pierwszy suwak do góry.
Mężczyzna, który sprzedał świat, spoglądał na niego na półleżąco z łóżka. To był Bowie na okładce The Man Who Sold the World. Palce Zenka tłumaczyły pierwszy riff na język syntezatora. Pomyślał wtedy, że Crow faktycznie miał w sobie coś z kosmity.
Następna zajawka była już stworzona dla klawiszy. W głowie widział pijaków na dole. Śpiących, pijących, śmiejących się, rubasznych. Niemal każdej nocy oglądał ich ze sceny, zza syntezatora. Life on Mars?
Przebiegł palcami po klawiszach, a melodia znowu zmieniła się jak w migawce. Suwaki podskoczyły w górę. Na powitanie Starmana z refrenu, co to dzieci bawił. Hit lata, panie i panowie.
Wreszcie cudze melodie dobiegły końca. Po jednej z każdej płyty. I cisza.
Nacisnął przycisk. Stuk. Stuk. Stuk. Ostrze o drewno. Beat właził pod skórę i absolutnie się nie zatrzymywał. Stukał tylko w zapętleniu.
A potem zaszumiło basem. To opony zaczęły trzeć po asfalcie. Zenek przesuwał kolejne suwaki. Silnik warknął. Opony tarły dalej. Samochód jechał. Obudowa nagrzewała się. Chociaż Zenek nie patrzył na Crowa, czuł go gdzieś w promieniu. Stukanie pozostawało w tle tego wszystkiego.
Im dłużej odgrywał ten motyw, tym bardziej monotonny się stawał. Ale auto nie hamowało. Droga się nie kończyła. Noże nie przestawały stukać. Autostrada ciągnęła się dalej. Zenek podkręcał gałkę.
Kolano Zenka pracowało razem z nim. Stukało w rytm nożowego beatu. Palce same trafiały w klawisze. Wzrok utkwił gdzieś przed sobą — nie wiadomo, czy patrzył na podłogę, walizkę czy wystające spod łóżka noże. Jakby skupieniem był gdzieś indziej. Obudowa parzyła. Rozchylił usta bezwiednie. Włosy opadły już na czoło, ale nie poprawiał ich. Klatka unosiła się i opadała własnym rytmem.
Motyw się nie kończył. W pewnym momencie Zenek zaczął wyciszać suwaki, jeden po drugim. Silnik przestał warczeć. Opony nie tarły już o asfalt. Jedynie noże dalej stukały. Zenek nacisnął przycisk. W pokoju znowu była całkowita cisza.
Ostrożnie ściągnął palce z klawiszy, jakby sam jeszcze był w ruchu. Ciało Zenka zastygło. Uniósł głowę i spojrzał na Crowa. Czoło miał wilgotne od ciepła. Policzki rozpalone. Przełknął ślinę. Wzrok nadal tak samo skupiony, jak podczas odgrywania utworu.
A potem gdzieś na dole, w Rejwachu ktoś przebiegł po deskach. Stuk. Stuk. Stuk.
Zenek nie był religijny, Boże broń. Jednak jakieś poczucie świętości posiadał. W towarzystwie klawiszy po prostu się nie przeklinało.
Zza spodni już wyciągał różdżkę. Bóg jeden wiedział, czemu dotąd jej jeszcze nie złamał. Lubił siadać w tak dziwnych pozycjach… Faktem pozostawało, że potrzebował tego badyla. Kra sobie mógł pstrykać palcami na latające noże, ale Zenek musiał mieć czym dłubać przy sprzęcie. Czymś podłużnym i konkretnym. A co do różdżki, to pewnie po prostu była elastyczna.
Zrobił swoje, by sprzęt rozpalić i uruchomić. Po kilku skrętach nadgarstka odrzucił różdżkę gdzieś do kąta. Obudowa zaiskrzyła. Odgarnął włosy z twarzy, mające jeszcze w pamięci elementy kaktusa. Spojrzał raz jeszcze na Crowa, co to miał fantazję być jak Laika. I chociaż zupełnie nie był w nastroju, to Zenek się uśmiechnął.
Przesunął pierwszy suwak do góry.
Mężczyzna, który sprzedał świat, spoglądał na niego na półleżąco z łóżka. To był Bowie na okładce The Man Who Sold the World. Palce Zenka tłumaczyły pierwszy riff na język syntezatora. Pomyślał wtedy, że Crow faktycznie miał w sobie coś z kosmity.
Następna zajawka była już stworzona dla klawiszy. W głowie widział pijaków na dole. Śpiących, pijących, śmiejących się, rubasznych. Niemal każdej nocy oglądał ich ze sceny, zza syntezatora. Life on Mars?
Przebiegł palcami po klawiszach, a melodia znowu zmieniła się jak w migawce. Suwaki podskoczyły w górę. Na powitanie Starmana z refrenu, co to dzieci bawił. Hit lata, panie i panowie.
Wreszcie cudze melodie dobiegły końca. Po jednej z każdej płyty. I cisza.
Nacisnął przycisk. Stuk. Stuk. Stuk. Ostrze o drewno. Beat właził pod skórę i absolutnie się nie zatrzymywał. Stukał tylko w zapętleniu.
A potem zaszumiło basem. To opony zaczęły trzeć po asfalcie. Zenek przesuwał kolejne suwaki. Silnik warknął. Opony tarły dalej. Samochód jechał. Obudowa nagrzewała się. Chociaż Zenek nie patrzył na Crowa, czuł go gdzieś w promieniu. Stukanie pozostawało w tle tego wszystkiego.
Im dłużej odgrywał ten motyw, tym bardziej monotonny się stawał. Ale auto nie hamowało. Droga się nie kończyła. Noże nie przestawały stukać. Autostrada ciągnęła się dalej. Zenek podkręcał gałkę.
Kolano Zenka pracowało razem z nim. Stukało w rytm nożowego beatu. Palce same trafiały w klawisze. Wzrok utkwił gdzieś przed sobą — nie wiadomo, czy patrzył na podłogę, walizkę czy wystające spod łóżka noże. Jakby skupieniem był gdzieś indziej. Obudowa parzyła. Rozchylił usta bezwiednie. Włosy opadły już na czoło, ale nie poprawiał ich. Klatka unosiła się i opadała własnym rytmem.
Motyw się nie kończył. W pewnym momencie Zenek zaczął wyciszać suwaki, jeden po drugim. Silnik przestał warczeć. Opony nie tarły już o asfalt. Jedynie noże dalej stukały. Zenek nacisnął przycisk. W pokoju znowu była całkowita cisza.
Ostrożnie ściągnął palce z klawiszy, jakby sam jeszcze był w ruchu. Ciało Zenka zastygło. Uniósł głowę i spojrzał na Crowa. Czoło miał wilgotne od ciepła. Policzki rozpalone. Przełknął ślinę. Wzrok nadal tak samo skupiony, jak podczas odgrywania utworu.
A potem gdzieś na dole, w Rejwachu ktoś przebiegł po deskach. Stuk. Stuk. Stuk.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.