Czekaj, wypowiedziane zdecydowanie zbyt późno, przeleciało jej nad głową. Nawet jeśli by do niej trafiło to odpowiedziałaby pewnie, że wcale nie było na co czekać i doskonale wiedziała, że miała rację. Nie podważała tego, że wejście do płonącego w taki sposób budynku (w sumie jakiegokolwiek płonącego budynku) wcale nie należało do najmądrzejszych decyzji. Nie zmieniało to jednak tego, ze czasu absolutnie nie było, szczególnie że coś rwało się w niej, by pomóc przeżyć tę noc jednemu człowiekowi więcej. Wskoczyła w płomienie i tak jak zwykle do osób przesadnie religijnych nie należała, tak teraz modliła się do Pani Księżyca, by pozwoliła jej z całej tej sytuacji wyjść cało.
Żar buchnął jej w twarz, otoczył i pozwolił stwierdzić, że było gorzej niż przypuszczała. Wszystko dookoła niej drgało od gorąca, a płomienie imały się każdej sprzyjającej temu powierzchni. Przyciśnięty do nosa rękaw dawał niewiele, szczególnie według wrażliwego nosa, marszczącego się od zatykającej spalenizny. Nie była świadoma tego, że zaraz za nią poleciała na Lukasa deska, może wtedy cofnęłaby się, albo chociaż zawahała wyraźnie. Ale Sutton był na wyciągnięcie ręki. No dobrze, parę kroków, krzycząc nieartykułowalnie i siłując się z deskami, które go przygniotły. Sięgnęła więc po różdżkę, poddając się rozsądkowi, że absolutnie nie powinna podejmować się czegokolwiek gołymi rękoma, nawet jeśli w większości sytuacji był to jej pierwszy instynkt. Spróbowała związać zaklęcie, które uniosłoby zawalisko i pozwoliła mężczyźnie się wydostać.
// translokacja ◉◉◉○○ na uniesienie desek z Suttona
Sukces!
Blood is rare and sweet as cherry wine