05.06.2026, 17:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.06.2026, 17:43 przez Septima Ollivander.)
— Cóż… — wykrzywiła usta w geście udawanego zakłopotania i uniosła klapę torby z ostrożnością kogoś kto nie jest do końca przekonany, czy powinien pokazywać taką zawartość publicznie. — Jakby ci to powiedzieć… — Zawiesiła głos wyścielany dramatyzmem — to tańczące banany nekromanty.
I faktycznie – z wnętrza torby wysunęła się kiść kilku bananów, które najlepsze lata miały już wyraźnie za sobą. Skórki pociemniały miejscami do koloru, którego natura zwykle nie przewiduje dla jadalnych owoców, a jeden z nich był podejrzanie miękki i poruszył się odrobinę bardziej, niż powinien.
Na szczęście oszczędziła Rowle’owi widoku owocowej padliny i zamknęła torbę definitywnie.
— Ojciec przyjmuje u nas ucznia. Stolarza z Kniei. To miał być jego lunch — wyjaśniła i zerknęła jeszcze do środka, jakby sprawdzała, czy sytuacja nie zdążyła się pogorszyć przez ostatnie trzy sekundy. — Bywasz tam czasem? W Kniei?
Przez chwilę po prostu przyglądała się Leviathanowi; nie nazbyt ostentacyjnie, ale w sposób, który zwiastował rychłą analizę i refleksję. Niekoniecznie wnikliwą.
— Dobrze wyglądasz — zawyrokowała w końcu. — Wciąż widzę parę rąk, parę nóg… żadnych nowych zadrapań. Nie miałeś przez ostatni miesiąc zbyt dużo smoczych czułości, co?
Ostatni raz widziała go na weselu Blacków.
Była wtedy smętna, skacowana i nieszczęśliwa; trzy stany, które osobno wydawały się do przeżycia, ale razem tworzyły mieszankę wyjątkowo mało elegancką.
Powtórzyłaby tamten wieczór jeszcze raz. Przeżyłaby go teraz zupełnie inaczej.
Od jakiegoś czasu, kiedy widywała go po krótszej lub dłuższej przerwie, łapała się na tym, że ciało zdradza ją w przedziwny sposób. Mięśnie sztywniały lekko, oddech zatrzymywał się gdzieś gdzie nie powinien, tak jakby przygotowywała się do zweryfikowania czegoś ważnego. Czy nie wyczuje dystansu. Nie tego zrodzonego z wydarzeń, ludzi czy nieprzespanych nocy. Tylko tego z premedytacji.
— Słuchaj, chcesz herbaty?
Powstała z miejsca odrobinę zbyt raptownie, nie czekając nawet na odpowiedź i odwracając wzrok ku tablicy z menu.
— Hm… czuję też grzańca.
Agatha Thompson, urocza kelnerka, która właśnie przechodziła obok i którą Timmy kojarzyła już od kilku podobnych wieczorów, uśmiechnęła się do niej serdecznie.
Septima odwzajemniła uśmiech odruchowo, ale nie spojrzała od razu z powrotem na Leviathana. Na cokolwiek się zdecydowali, Agatha im zaraz doniosła — Septimie podała z wdziękiem i gracją zawodowej kelnerki, na Leviego zaś łypnęła skwaśniałym spojrzeniem.
— Powiedz mi proszę, co nowego w rezerwacie?
I faktycznie – z wnętrza torby wysunęła się kiść kilku bananów, które najlepsze lata miały już wyraźnie za sobą. Skórki pociemniały miejscami do koloru, którego natura zwykle nie przewiduje dla jadalnych owoców, a jeden z nich był podejrzanie miękki i poruszył się odrobinę bardziej, niż powinien.
Na szczęście oszczędziła Rowle’owi widoku owocowej padliny i zamknęła torbę definitywnie.
— Ojciec przyjmuje u nas ucznia. Stolarza z Kniei. To miał być jego lunch — wyjaśniła i zerknęła jeszcze do środka, jakby sprawdzała, czy sytuacja nie zdążyła się pogorszyć przez ostatnie trzy sekundy. — Bywasz tam czasem? W Kniei?
Przez chwilę po prostu przyglądała się Leviathanowi; nie nazbyt ostentacyjnie, ale w sposób, który zwiastował rychłą analizę i refleksję. Niekoniecznie wnikliwą.
— Dobrze wyglądasz — zawyrokowała w końcu. — Wciąż widzę parę rąk, parę nóg… żadnych nowych zadrapań. Nie miałeś przez ostatni miesiąc zbyt dużo smoczych czułości, co?
Ostatni raz widziała go na weselu Blacków.
Była wtedy smętna, skacowana i nieszczęśliwa; trzy stany, które osobno wydawały się do przeżycia, ale razem tworzyły mieszankę wyjątkowo mało elegancką.
Powtórzyłaby tamten wieczór jeszcze raz. Przeżyłaby go teraz zupełnie inaczej.
Od jakiegoś czasu, kiedy widywała go po krótszej lub dłuższej przerwie, łapała się na tym, że ciało zdradza ją w przedziwny sposób. Mięśnie sztywniały lekko, oddech zatrzymywał się gdzieś gdzie nie powinien, tak jakby przygotowywała się do zweryfikowania czegoś ważnego. Czy nie wyczuje dystansu. Nie tego zrodzonego z wydarzeń, ludzi czy nieprzespanych nocy. Tylko tego z premedytacji.
— Słuchaj, chcesz herbaty?
Powstała z miejsca odrobinę zbyt raptownie, nie czekając nawet na odpowiedź i odwracając wzrok ku tablicy z menu.
— Hm… czuję też grzańca.
Agatha Thompson, urocza kelnerka, która właśnie przechodziła obok i którą Timmy kojarzyła już od kilku podobnych wieczorów, uśmiechnęła się do niej serdecznie.
Septima odwzajemniła uśmiech odruchowo, ale nie spojrzała od razu z powrotem na Leviathana. Na cokolwiek się zdecydowali, Agatha im zaraz doniosła — Septimie podała z wdziękiem i gracją zawodowej kelnerki, na Leviego zaś łypnęła skwaśniałym spojrzeniem.
— Powiedz mi proszę, co nowego w rezerwacie?
Kocham drewno i duże bicepsy.