05.06.2026, 19:45 ✶
Pokazał mu język, ale pozostało to czymś niezauważonym. Niewzruszony oblizał dwa lepkie palce, najwyraźniej nie zważając na to, że dotykał już nimi pościeli i do karmelu musiały przykleić się jakieś mikroskopijne kudły.
– Dodaj coś o tym, że jestem pierdolnięty i napisałeś całą moją biografię.
Crow religijny nie był wcale. W nic nie wierzył. Chyba nic go nie uspokajało to bardzo jak myśl, że kiedyś przychodził ostateczny kres wszystkiego i te emocje rozsadzające serce, niszczące mu życie – one też znikały. To było przecież jedyną zaletą tego, że Cain zdechł.
Nie czuł już nic. Kiedy byłeś martwy w niebycie rozpływał się cały ból, przestawały trząść się ręce, dragania duszy ustawały w jednym momencie. Choroba, która zamieniała codzienność Caina w piekło stała się tak nierzeczywista jak jego uzależnienie. Crow widział życie gasnące w oczach tych, którym rozcinał wnętrzności i wiedział, że ostatnim co dało się w nich dostrzec był wszechogarniający spokój. Cain go teraz miał – wreszcie po tylu latach nie czuł nic.
A Crow wciąż czuł. Egzystencję pełną uczuć uważał za wyjątkowo bolesną.
W tej całej boleści znajdowało się jednak kilka rzeczy, które wciąż dawały mu przyjemność. Nie był pewien czy wspomniał kiedyś Kozłowi o tym, w jaki sposób muzyka zmieniła jego życie. Pewnie tak, bo o czym innym miałby z nim rozmawiać, a może nie, bo przecież zawsze mówił tak mało, o ile w ogóle zdołał się odezwać. Ale czuł to znów – walenie i stukanie w jego głowie ucichło na rzecz pierwszych nut, jakie zostały mu zagrane, a on pozwolił się temu unieść jak zawsze. Nie był pewien, czy cokolwiek mogło się z tym równać. Istniały narkotyki, seks, ładne dziewczyny palące papierosy na tyłach klubu, lepsze i gorsze słodycze, książki, alkohol, nabieranie prędkości przerobionym autem – a jednak nic nie równało się muzyce. Lubił kiedy Laurent śpiewał, ale kochał kiedy muzyka nosiła w sobie to kim był i gdzie się wychował. Był dzieckiem brudnych ulic dużego miasta, zatłoczonych pubów, w których oglądało się piłkę nożną, ciężkich butów uderzających o bruk z samego rana, kiedy na ulicę wychodzili pracownicy okolicznych fabryk. Nie przyznał się do tego, że pomieszkiwał nad morzem, ani że nawiązał kontakt z rodziną żyjącą w wózkach na środku lasu, bo całą jego esencją był rozdzierający krzyk wielkich metropolii – napisano go językiem mrocznej, surowej i industrialnej awangardy.
Ten język nie znał wstydu. Wstyd był czymś co poznawał, kiedy Bletchley mu mówił, że nie przedstawi go rodzinie, bo przecież jego rodzina nigdy by tego nie zrozumiała. Wstyd był czymś co poznawał, bo Laurent był drugi w kolejce do tronu w tym swoim pałacyku w Keswick, czy gdzie on znikał udawać paniczyka godnego tego, czego oczekiwali od świata pierdoleni Śmierciożercy. Wstyd był pełen trudnych słów – takich jak dekadencja, ale Crow nie miał pojęcia czym ona była.
Miał za to dużo pojęcia o tym, co muzyka robiła z jego ciałem. I może, chociaż nigdy nie był dobry w interpretowanie wierszy, trochę czuł, że historie z niektórych płyt kupowanych w tym brudnym sklepie na Islington, są w jakimś sensie o nim. Tańczył więc. Poruszał się wpierw delikatnie, wprawiając w ruch stopy i dłonie uderzające o pościel, a później wyciągnął z kieszeni tę paczkę papierosów, rozpalił jednego pstryknięciem palca, a wydychany dym zamienił się w stado galopujących koni uderzających kopytami w powietrze. Zaraz po nich wypuścił z ust motyle i ptaki i… nie mógł już tak po prostu leżeć, więc wstał, bo tak jak i ten dym nosiło go po pokoju. Zenek więc grał, a Crow podróżował. Przed chwilą smutne oczy, teraz pełne ekspresji badały to, co znajdowało się na półkach, wśród instrumentów, przy jakiejś samotnej ścianie. Czasami przymykały się, innym razem rozchylały, żeby spojrzeć na pochylonego nad klawiszami Polaka. Nie przeszkodził mu w niczym, bo wolał pozwolić temu napięciu narastać. Kiedy ostatnia z nut poniosła się wokół nich, a Zenek podniósł swoje spojrzenie w górę, Crow był uśmiechnięty. Wpatrywał się w niego spod woalki rzęs okalającej przymknięte oczy, dogaszając papierosa o nic, zupełnie jakby obok znajdowała się niewidzialna ściana. Wcześniej ładnie ułożone loki poplątały się nieco, policzki zaczerwieniły, koszulka zaczepiła się o szlufkę, na udzie widać było odciski spoconych palców.
Utrzymywał z nim kontakt wzrokowy kilka długich sekund, po których wyszczerzył się jeszcze mocniej. I niby z jego ust nie wydobyło się nic poza dymem, ale z ruchu warg, rytmu delikatnych podskoków dało się wyczytać jeszcze jeden, jeszcze jeden – niemą, bo to przecież był on, ale wciąż – prośbę o bis.
– Dodaj coś o tym, że jestem pierdolnięty i napisałeś całą moją biografię.
Crow religijny nie był wcale. W nic nie wierzył. Chyba nic go nie uspokajało to bardzo jak myśl, że kiedyś przychodził ostateczny kres wszystkiego i te emocje rozsadzające serce, niszczące mu życie – one też znikały. To było przecież jedyną zaletą tego, że Cain zdechł.
Nie czuł już nic. Kiedy byłeś martwy w niebycie rozpływał się cały ból, przestawały trząść się ręce, dragania duszy ustawały w jednym momencie. Choroba, która zamieniała codzienność Caina w piekło stała się tak nierzeczywista jak jego uzależnienie. Crow widział życie gasnące w oczach tych, którym rozcinał wnętrzności i wiedział, że ostatnim co dało się w nich dostrzec był wszechogarniający spokój. Cain go teraz miał – wreszcie po tylu latach nie czuł nic.
A Crow wciąż czuł. Egzystencję pełną uczuć uważał za wyjątkowo bolesną.
W tej całej boleści znajdowało się jednak kilka rzeczy, które wciąż dawały mu przyjemność. Nie był pewien czy wspomniał kiedyś Kozłowi o tym, w jaki sposób muzyka zmieniła jego życie. Pewnie tak, bo o czym innym miałby z nim rozmawiać, a może nie, bo przecież zawsze mówił tak mało, o ile w ogóle zdołał się odezwać. Ale czuł to znów – walenie i stukanie w jego głowie ucichło na rzecz pierwszych nut, jakie zostały mu zagrane, a on pozwolił się temu unieść jak zawsze. Nie był pewien, czy cokolwiek mogło się z tym równać. Istniały narkotyki, seks, ładne dziewczyny palące papierosy na tyłach klubu, lepsze i gorsze słodycze, książki, alkohol, nabieranie prędkości przerobionym autem – a jednak nic nie równało się muzyce. Lubił kiedy Laurent śpiewał, ale kochał kiedy muzyka nosiła w sobie to kim był i gdzie się wychował. Był dzieckiem brudnych ulic dużego miasta, zatłoczonych pubów, w których oglądało się piłkę nożną, ciężkich butów uderzających o bruk z samego rana, kiedy na ulicę wychodzili pracownicy okolicznych fabryk. Nie przyznał się do tego, że pomieszkiwał nad morzem, ani że nawiązał kontakt z rodziną żyjącą w wózkach na środku lasu, bo całą jego esencją był rozdzierający krzyk wielkich metropolii – napisano go językiem mrocznej, surowej i industrialnej awangardy.
Ten język nie znał wstydu. Wstyd był czymś co poznawał, kiedy Bletchley mu mówił, że nie przedstawi go rodzinie, bo przecież jego rodzina nigdy by tego nie zrozumiała. Wstyd był czymś co poznawał, bo Laurent był drugi w kolejce do tronu w tym swoim pałacyku w Keswick, czy gdzie on znikał udawać paniczyka godnego tego, czego oczekiwali od świata pierdoleni Śmierciożercy. Wstyd był pełen trudnych słów – takich jak dekadencja, ale Crow nie miał pojęcia czym ona była.
Miał za to dużo pojęcia o tym, co muzyka robiła z jego ciałem. I może, chociaż nigdy nie był dobry w interpretowanie wierszy, trochę czuł, że historie z niektórych płyt kupowanych w tym brudnym sklepie na Islington, są w jakimś sensie o nim. Tańczył więc. Poruszał się wpierw delikatnie, wprawiając w ruch stopy i dłonie uderzające o pościel, a później wyciągnął z kieszeni tę paczkę papierosów, rozpalił jednego pstryknięciem palca, a wydychany dym zamienił się w stado galopujących koni uderzających kopytami w powietrze. Zaraz po nich wypuścił z ust motyle i ptaki i… nie mógł już tak po prostu leżeć, więc wstał, bo tak jak i ten dym nosiło go po pokoju. Zenek więc grał, a Crow podróżował. Przed chwilą smutne oczy, teraz pełne ekspresji badały to, co znajdowało się na półkach, wśród instrumentów, przy jakiejś samotnej ścianie. Czasami przymykały się, innym razem rozchylały, żeby spojrzeć na pochylonego nad klawiszami Polaka. Nie przeszkodził mu w niczym, bo wolał pozwolić temu napięciu narastać. Kiedy ostatnia z nut poniosła się wokół nich, a Zenek podniósł swoje spojrzenie w górę, Crow był uśmiechnięty. Wpatrywał się w niego spod woalki rzęs okalającej przymknięte oczy, dogaszając papierosa o nic, zupełnie jakby obok znajdowała się niewidzialna ściana. Wcześniej ładnie ułożone loki poplątały się nieco, policzki zaczerwieniły, koszulka zaczepiła się o szlufkę, na udzie widać było odciski spoconych palców.
Utrzymywał z nim kontakt wzrokowy kilka długich sekund, po których wyszczerzył się jeszcze mocniej. I niby z jego ust nie wydobyło się nic poza dymem, ale z ruchu warg, rytmu delikatnych podskoków dało się wyczytać jeszcze jeden, jeszcze jeden – niemą, bo to przecież był on, ale wciąż – prośbę o bis.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.