05.06.2026, 19:54 ✶
—30/09/1972—
Gabinet spirytystyczny ”Outlander”, Aleja Horyzontalna
Erik Longbottom & Philippa Barclay
Ostatnia noc września okazała się dla Erika bardziej intensywna, niż był gotów przyznać nawet przed samym sobą. Większość wieczoru spędził u boku Nory Figg, z którą pojawił się na pierwszym bankiecie w The Globe od czasu, gdy życie towarzyskie stolicy zamarło po wydarzeniach Spalonej Nocy. Wprawdzie i tak nie przepadał zbytnio za tym miejscem, ale dzisiaj po prostu czuł się tam niezbyt swobodnie; zbyt dobrze wiedział, że po pożarach, które obróciły Warownię w ruinę, reputacja jego rodziny została poddana w wątpliwość przez pewne środowiska. Całe to wyjście zdawało mu się więc być jedną wielką próbą - testem, który musiał przejść, nawet jeśli nie był gotowy na konfrontację z socjetą.
Obecność Nory pomogła, może nawet bardziej niż zwykle, jednak Longbottom nie chciał nadużywać dobroduszności przyjaciółki. Wiedział, że kobieta nie zawsze czuła się pewnie wśród czysto-krwistych elit, toteż nie zostali w teatrze do samego końca bankietu, a budynek opuścili, gdy tylko pierwsi goście zaczęli się dyskretnie ulatniać. Erik odprowadził swą towarzyszkę pod jej klubokawiarnię, a następnie teleportował się do Doliny Godryka, by się przebrać i…
Ponownie znalazł się w Londynie. Tym razem, z peleryną zakupioną na festynie z okazji Mabon zarzuconą na ramiona, błądził po Alei Horyzontalnej, a nie Ulicy Pokątnej. Cel miał prosty: musiał się jeszcze tej nocy spotkać z ciotką Philippą. Może nie dzielili krwi, ale kobieta była bardzo dobrą przyjaciółki jego matki, co czyniło z niej osobę zaufaną. Wydawała się więc najlepszą osobą do której mógłby się zgłosić ze swoim… problemem. Musiał wreszcie zrobić coś z narastającym niepokojem i tymi dziwnymi incydentami, przez które zdarzało mu się wyrzucać z siebie hasła żywcem wyjęte z manifestu Śmierciożerców i Czarnego Pana.
Po przekroczeniu progu odpowiedniej kamienicy i wspięciu się na pierwsze piętro budynku w końcu stanął przed drzwiami gabinetu ciotki. Nie mógł powiedzieć, że bywał u niej w pracy jakoś wyjątkowo często. Zdarzało mu się konsultować z cioteczką Barcley wiadomości związane z kilkoma śledztwami, ale dużo częściej widywali się w bardziej nieformalnych okolicznościach pokroju rodzinnych urodzin jego matki. Erik wziął głęboki oddech i zapukał parokrotnie do drzwi. Nie umawiał się z ciotką na wizytę; po prostu liczył w tym momencie na łut szczęścia. Merlin jeden wiedział, że po tym wszystkim, co przeżył w ostatnim czasie taka pomoc od losu po prostu mu się należała.
Obecność Nory pomogła, może nawet bardziej niż zwykle, jednak Longbottom nie chciał nadużywać dobroduszności przyjaciółki. Wiedział, że kobieta nie zawsze czuła się pewnie wśród czysto-krwistych elit, toteż nie zostali w teatrze do samego końca bankietu, a budynek opuścili, gdy tylko pierwsi goście zaczęli się dyskretnie ulatniać. Erik odprowadził swą towarzyszkę pod jej klubokawiarnię, a następnie teleportował się do Doliny Godryka, by się przebrać i…
Ponownie znalazł się w Londynie. Tym razem, z peleryną zakupioną na festynie z okazji Mabon zarzuconą na ramiona, błądził po Alei Horyzontalnej, a nie Ulicy Pokątnej. Cel miał prosty: musiał się jeszcze tej nocy spotkać z ciotką Philippą. Może nie dzielili krwi, ale kobieta była bardzo dobrą przyjaciółki jego matki, co czyniło z niej osobę zaufaną. Wydawała się więc najlepszą osobą do której mógłby się zgłosić ze swoim… problemem. Musiał wreszcie zrobić coś z narastającym niepokojem i tymi dziwnymi incydentami, przez które zdarzało mu się wyrzucać z siebie hasła żywcem wyjęte z manifestu Śmierciożerców i Czarnego Pana.
Po przekroczeniu progu odpowiedniej kamienicy i wspięciu się na pierwsze piętro budynku w końcu stanął przed drzwiami gabinetu ciotki. Nie mógł powiedzieć, że bywał u niej w pracy jakoś wyjątkowo często. Zdarzało mu się konsultować z cioteczką Barcley wiadomości związane z kilkoma śledztwami, ale dużo częściej widywali się w bardziej nieformalnych okolicznościach pokroju rodzinnych urodzin jego matki. Erik wziął głęboki oddech i zapukał parokrotnie do drzwi. Nie umawiał się z ciotką na wizytę; po prostu liczył w tym momencie na łut szczęścia. Merlin jeden wiedział, że po tym wszystkim, co przeżył w ostatnim czasie taka pomoc od losu po prostu mu się należała.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞