06.06.2026, 02:16 ✶
Gdy wchodził do pokoju po koncercie, Rejwach doszczętnie dokonał żywota. Zamykał za sobą drzwi. Odpinał guziki koszuli, jeden po drugim. Zrzucał cekinową masę z ramion. Lepka skóra zderzała się z powietrzem. Skakał w miejscu, aż wyślizgnął się ze spodni. Nagimi stopami kroczył po deskach, a każdy ciężki krok prowadził go do łóżka. W dusznym pokoju powietrze koncentrowało się na Zenku. Moment, gdy mokra skóra dotykała prześcieradła, okazywał się niemal ulgą. Dla Zenka. Samo łóżko miało inną opinię na temat tego, że pakował się do niego bez kąpieli. No ale nie zawsze miał siłę. Litości. Nakrywał się kocem albo kołdrą. Materiał chłonął pot z jego skóry. Całą tę sceniczną aurę i obecność. Wspomnienie koncertu. Poduszka przyjmowała spocone włosy. Następnego ranka, gdy objęcia snu nie chciały go oddać chodzącym na jawie, wciskał nos w poszewkę i wdychał własny łój.
Widział kątem oka, że Crow położył się na łóżku. W pokoju bez wentylacji powietrze capiło starym drewnem. Krucze loki tarły o poduszkę. Czy zdążył się umyć? Dla łóżka to było bez różnicy.
Dłonie po ślinie i dworze przesuwały się po pościeli. Bose stopy tarły o drewno. Pac. Pac. Nadgarstek Zenka drżał. Policzył do trzech i przestał. Grał dalej. A potem jego nozdrza wypełniły się dymem.
Zaciągnął się. Musiał, inaczej by się udusił z braku tlenu. Zenek nie palił. Tytoń buchał mu w twarz, łaskotał mu włoski w nosie, zasłaniał klawisze i przybierał kształty. Cień Crowa uniósł się z łóżka. Palce znalazły się w polu widzenia. Chodziły to tu, to tam.
Deski w pokoju Zenka nie skrzypiały. A jednak nadgarstek drgnął mu ponownie. Szurnął suwakiem. Na drodze rozległo się przeciągłe zgrzyyyyt.
Crow deptał mu kable. Przechodził obok komody z ubraniami i szafy na stroje sceniczne. Zatrzymał się przed biblioteczką. Tak naprawdę było to parę półek na zeszyty z nutami, płyty i… jakby kogo to obchodzi.
Stuk. Stuk. Stuk. Po deskach Rejwachu biegał kolejny element. Paliło się czy co? Przejechał wzrokiem po mięśniach rysujących się na skórzanych nogawkach. No i wtedy dopiero ten przeklęty dymek zgasł. Resztki dymu buchnęły po sprzęcie. Crow się świecił. Trochę przyklapły mu loczki. No i jak miał odmówić?
Nachylił się nad sprzętem. Nacisnął przycisk. Pokój ponownie wypełnił leitmotiv Crowa. Stuk. Stuk. Jeśli ktoś miał postukiwać stopą do utworu, to właśnie w tym rytmie. Zenek postukiwał. Położył brodę na kolanie. Palce odtworzyły znajomą melodię. Droga, ale po oponach przejechało zgrzyyyyt. To skrzypienie desek. W oponie zrobiła się dziura. Droga wpadła w reverb.
Pojawiło się coś nowego. Bzyk. Jakby przejeżdżał paznokciem po kręcącej się płycie winylowej. Ostrzem noża po skórzanych spodniach. Śliskie, miękkie, ale wytrzymałe. Jedynie uśmiechu nie dało się zamknąć w dźwięku. Pokój musiał go zapamiętać sam.
Urwał dźwięk i wysunął się spod syntezatora. Rozprostował kolana. Wstał. Obszedł syntezator. Ramieniem zasłonił nos. Nie spoglądał już na Crowa.
Zatrzymał się przy parapecie i uniósł rękę do oknootwieraczki. Otworzył okno.
Uderzyło go chłodne powietrze nocnego Nokturnu. Najpierw po twarzy, chłodząc zmęczony nos. Potem po mostku, ramionach i reszcie. Odetchnął głęboko. Podparł się o parapet.
Wyjrzał na zewnątrz, ale na zewnątrz tylko ciemność. Okręcił się i oparł zadem. Wiało mu w plecy. Zerknął w stronę Crowa, choć nie w jego twarz.
— Masz gdzie spać?
Widział kątem oka, że Crow położył się na łóżku. W pokoju bez wentylacji powietrze capiło starym drewnem. Krucze loki tarły o poduszkę. Czy zdążył się umyć? Dla łóżka to było bez różnicy.
Dłonie po ślinie i dworze przesuwały się po pościeli. Bose stopy tarły o drewno. Pac. Pac. Nadgarstek Zenka drżał. Policzył do trzech i przestał. Grał dalej. A potem jego nozdrza wypełniły się dymem.
Zaciągnął się. Musiał, inaczej by się udusił z braku tlenu. Zenek nie palił. Tytoń buchał mu w twarz, łaskotał mu włoski w nosie, zasłaniał klawisze i przybierał kształty. Cień Crowa uniósł się z łóżka. Palce znalazły się w polu widzenia. Chodziły to tu, to tam.
Deski w pokoju Zenka nie skrzypiały. A jednak nadgarstek drgnął mu ponownie. Szurnął suwakiem. Na drodze rozległo się przeciągłe zgrzyyyyt.
Crow deptał mu kable. Przechodził obok komody z ubraniami i szafy na stroje sceniczne. Zatrzymał się przed biblioteczką. Tak naprawdę było to parę półek na zeszyty z nutami, płyty i… jakby kogo to obchodzi.
Stuk. Stuk. Stuk. Po deskach Rejwachu biegał kolejny element. Paliło się czy co? Przejechał wzrokiem po mięśniach rysujących się na skórzanych nogawkach. No i wtedy dopiero ten przeklęty dymek zgasł. Resztki dymu buchnęły po sprzęcie. Crow się świecił. Trochę przyklapły mu loczki. No i jak miał odmówić?
Nachylił się nad sprzętem. Nacisnął przycisk. Pokój ponownie wypełnił leitmotiv Crowa. Stuk. Stuk. Jeśli ktoś miał postukiwać stopą do utworu, to właśnie w tym rytmie. Zenek postukiwał. Położył brodę na kolanie. Palce odtworzyły znajomą melodię. Droga, ale po oponach przejechało zgrzyyyyt. To skrzypienie desek. W oponie zrobiła się dziura. Droga wpadła w reverb.
Pojawiło się coś nowego. Bzyk. Jakby przejeżdżał paznokciem po kręcącej się płycie winylowej. Ostrzem noża po skórzanych spodniach. Śliskie, miękkie, ale wytrzymałe. Jedynie uśmiechu nie dało się zamknąć w dźwięku. Pokój musiał go zapamiętać sam.
Urwał dźwięk i wysunął się spod syntezatora. Rozprostował kolana. Wstał. Obszedł syntezator. Ramieniem zasłonił nos. Nie spoglądał już na Crowa.
Zatrzymał się przy parapecie i uniósł rękę do oknootwieraczki. Otworzył okno.
Uderzyło go chłodne powietrze nocnego Nokturnu. Najpierw po twarzy, chłodząc zmęczony nos. Potem po mostku, ramionach i reszcie. Odetchnął głęboko. Podparł się o parapet.
Wyjrzał na zewnątrz, ale na zewnątrz tylko ciemność. Okręcił się i oparł zadem. Wiało mu w plecy. Zerknął w stronę Crowa, choć nie w jego twarz.
— Masz gdzie spać?
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.