Mętna woda hipnotyzowała, zmarszczkami i nenufarami skłaniała do dotknięcia gładkiej, szklistej powierzchni; coś było w niej urokliwego, w zielonkawej barwie, widocznych pałkach wydostających się z jej odmętów. Wgapiała się więc nieprzejednanie, pochylając się coraz bardziej na krawędzi molo. Dłoń, która zanurzyła się w chłodnej, kwietniowej wodzie, znikła za woalką brudnozielonej cieczy i trwała tak przez momenty, zupełnie jakby owładnęła jej ciało niewiadoma hipnoza.
Nie słyszała jego nawoływań; nie słyszała absolutnie nic, gdy syrenia dłoń złapała ją za nadgarstek gwałtownie, wciągając za sobą w niebezpieczne głębiny.
Pocałunek syreny był wyjątkowy w swej krasie; jednocześnie obrzydliwy i nęcący zarazem. Oddech prędko zamarł w płucach, które poczęły wypełniać się łapczywie łapaną wodą. Wszystko się działo szybko, jak w tym kalejdoskopie wspomnień – uwydatniając jedynie niektóre szczegóły, a wyzbywając się urokliwości ogółu. Zamotała się przez chwilę w gęstych glonach, gdy syreni uścisk osłabł, a wokół jej talii owinęła się dłoń Theona.
Wyciągnięta na molo, przemoczona i drżąca na całym ciele, zaczęła konwulsyjnie kaszleć; wypluła parę haustów wody, która zechciała ją wypełnić, pozbawiając jakiegokolwiek tchu. Leżała tak na plecach bezwładnie, gdy jego głos do niej dotarł – otworzyła wówczas szeroko oczy, podrywając się do pozycji siedzącej.
– Który to już raz mnie ratujesz? – spytała z lekką drwiną, której nie mogła pozbyć się nawet w tak krytycznej sytuacji.
Ujęła jego twarz w duże, smukłe dłonie, zamykając go w okowach dotyku. Wpatrywała się tak w niego przez kilkanaście powolnych sekund, sunąc kciukami wzdłuż kości jarzmowych.
– Dziękuję – wypluła z siebie wreszcie, tak jakby to proste słowo nie potrafiło przejść jej przez krtań i ujrzeć światło dzienne.
Opuściła dłonie i odchyliła się na powrót. Na całym ciele zadrżała – kwietniowa pogoda nie sprzyjała kąpielom w lodowatym jeziorze.