06.06.2026, 16:36 ✶
Chociaż Crow z łatwością ludźmi manipulował, odgrywał swoje scenki i występował w różnych rolach, nigdy nie udało mu się stać kimś potrafiącym w pełni zapanować nad mimiką i mową ciała. Łatwo dało się dojrzeć w jego zachowaniu lekkość i swobodę, a także ten dokładnie moment, kiedy ulatywały z niego jak powietrze z przebitego balonika. Zaczynał tonąć w objęciach strachu lub dyskomfortu. Kiedy w muzyce pojawił się zgrzyt, kiedy Zenek przestawał naciskać na klawisze, Crow przestawał czuć rytm.
Wielkie, ciemne oczy kogoś, kto przed chwilą urządził tu swoją prywatną dyskotekę i bezwstydnie tańczył do piosenek, na których zagranie zupełnie nie zasługiwał, zamknęły się na kilka długich sekund. Znów przypominał kogoś, kto bardzo wątpił w to, czy w ogóle mógł tu być i unikał patrzenia na Zenka jak ognia.
– Mam.
Za wcześnie ściągnął te wszystkie paski.
– Mam sobie iść. – To nie było pytanie. Od razu odpowiedział na nie w głowie i postawił na końcu kropkę. No bo to przecież było oczywiste. Było za dobrze i za spokojnie, nikt nie krzyczał ani nie dusił się ze strachu. Dwójka skrajnie dziwnych artystów spędzająca razem czas zupełnie tak, jakby jeden drugiego nie skrzywdził. Takich scen nie pisano ludziom jego kategorii.
Odetchnął, zbierając garściami pety i popiół zawieszone w powietrzu, a później strzepał je z dłoni na tego nieszczęsnego kaktusa. Zaraz po tym zacisnął palce na krawędzi koszulki i ściągnął ją z siebie z niebywałą sprawnością – godną kogoś, kto nie dopuszczał do świadomości koncepcji, że nie każde pytanie oznaczało od razu najgorszy z wyroków lub próbę pozbycia się go z zasięgu wzroku. Czasami ludzie byli po prostu zmęczeni milczeniem i przytłoczeni intensywnością jego bytowania.
Potrzebowali… oddychać.
– T-to pewnie mało znaczy, ale cieszę się, że udało ci się u-ułożyć życie w Rej-wachu.
Wielkie, ciemne oczy kogoś, kto przed chwilą urządził tu swoją prywatną dyskotekę i bezwstydnie tańczył do piosenek, na których zagranie zupełnie nie zasługiwał, zamknęły się na kilka długich sekund. Znów przypominał kogoś, kto bardzo wątpił w to, czy w ogóle mógł tu być i unikał patrzenia na Zenka jak ognia.
– Mam.
Za wcześnie ściągnął te wszystkie paski.
– Mam sobie iść. – To nie było pytanie. Od razu odpowiedział na nie w głowie i postawił na końcu kropkę. No bo to przecież było oczywiste. Było za dobrze i za spokojnie, nikt nie krzyczał ani nie dusił się ze strachu. Dwójka skrajnie dziwnych artystów spędzająca razem czas zupełnie tak, jakby jeden drugiego nie skrzywdził. Takich scen nie pisano ludziom jego kategorii.
Odetchnął, zbierając garściami pety i popiół zawieszone w powietrzu, a później strzepał je z dłoni na tego nieszczęsnego kaktusa. Zaraz po tym zacisnął palce na krawędzi koszulki i ściągnął ją z siebie z niebywałą sprawnością – godną kogoś, kto nie dopuszczał do świadomości koncepcji, że nie każde pytanie oznaczało od razu najgorszy z wyroków lub próbę pozbycia się go z zasięgu wzroku. Czasami ludzie byli po prostu zmęczeni milczeniem i przytłoczeni intensywnością jego bytowania.
Potrzebowali… oddychać.
– T-to pewnie mało znaczy, ale cieszę się, że udało ci się u-ułożyć życie w Rej-wachu.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.