07.06.2026, 03:41 ✶
Crow się skurczył. Znowu wyglądał jak tamten smutny, porzucony chłopak w szarej koszulce i ze zmęczoną twarzą. Zenek nie rozumiał tego zupełnie. Miał gdzie spać, to chyba dobrze. Był bezpieczny? I chyba nawet dobrze go karmili, bo mięśnie potrzebowały białka.
Zakłuło go w klatce. Jakby go zasztyletowali na miejscu. Przyłożył rękę do mostka, ale nie czuł krwi. Nic nie przerywało ciągłości skóry.
— Nie. — bo przecież, kurczę, niczego takiego nie powiedział. A to, co powiedział, to nawet nie powiedział. Czy Crow słuchał z zamkniętymi uszami?
Wpuścił do środka trochę powietrza przez okno, ale i tak ciężko mu się oddychało. Czoło było przegrzane od grania. Stał w miejscu, gdy Crow chodził po pokoju i zbierał swoje pety. Strzepnął je na kaktusa. Znowu go zakłuło, bo co mu ten kaktus zawinił. On tylko sobie wyrósł w złym miejscu.
Potem zaczął ściągać koszulkę, którą Zenek mu dał do spania, a z tego absurdu rana w środku zabulgotała. Opuścił rękę.
Stopy same zaprowadziły do Crowa rozbierającego się przy łóżku. Złapał koszulkę, póki ten jeszcze trzymał ją w dłoniach. Wyplątał spomiędzy palców. Była ciepła. Ogrzana ciałem. Crow nadal patrzył tymi smutnymi oczami. No więc póki stał bez ruchu, to Zenek prędko wsunął mu koszulkę z powrotem na głowę.
Działał szybko. A raczej tak szybko, jak tylko był w stanie ogarniać wierzgającego się nożownika z płomieniem we własnej piersi. Ciągnął materiał w dół. Szara bawełna zmięła się wokół jego szyi. W końcu dziura na głowę natrafiła na loczki. I zonk. Nie szło dalej. Ciągnął za materiał mocniej. Twarz Crowa prześwitywała przez koszulkę. Nos, usta. Pokój nie zachował pamięci o uśmiechu.
— Zagrałem ci. Dla ciebie. To było o tobie. — na urwanych oddechach słowa wychodziły jakoś łatwiej. Od Crowa waliło tytoniem. Czarne loczki wystawały z dziury. Nadal się wierzgał, więc pociągnął go za biodro, zahaczając palcem o sprzączkę spodni.
Na chwilę przestał się szamotać z materiałem. Nie miał już siły, brawura z niego schodziła.
— Ja dymu nie lubię… I było mi gorąco. — patrzył na ten żałosny widok, który sam stworzył. A potem nachylił się i go przytulił.
Zarzucił mu rękę za ramię i wtulił twarz w połacie materiału. Drugą ręką chwycił za plecy i przyciągnął do siebie jak wielkiego kaktusa.
Zakłuło go w klatce. Jakby go zasztyletowali na miejscu. Przyłożył rękę do mostka, ale nie czuł krwi. Nic nie przerywało ciągłości skóry.
— Nie. — bo przecież, kurczę, niczego takiego nie powiedział. A to, co powiedział, to nawet nie powiedział. Czy Crow słuchał z zamkniętymi uszami?
Wpuścił do środka trochę powietrza przez okno, ale i tak ciężko mu się oddychało. Czoło było przegrzane od grania. Stał w miejscu, gdy Crow chodził po pokoju i zbierał swoje pety. Strzepnął je na kaktusa. Znowu go zakłuło, bo co mu ten kaktus zawinił. On tylko sobie wyrósł w złym miejscu.
Potem zaczął ściągać koszulkę, którą Zenek mu dał do spania, a z tego absurdu rana w środku zabulgotała. Opuścił rękę.
Stopy same zaprowadziły do Crowa rozbierającego się przy łóżku. Złapał koszulkę, póki ten jeszcze trzymał ją w dłoniach. Wyplątał spomiędzy palców. Była ciepła. Ogrzana ciałem. Crow nadal patrzył tymi smutnymi oczami. No więc póki stał bez ruchu, to Zenek prędko wsunął mu koszulkę z powrotem na głowę.
Działał szybko. A raczej tak szybko, jak tylko był w stanie ogarniać wierzgającego się nożownika z płomieniem we własnej piersi. Ciągnął materiał w dół. Szara bawełna zmięła się wokół jego szyi. W końcu dziura na głowę natrafiła na loczki. I zonk. Nie szło dalej. Ciągnął za materiał mocniej. Twarz Crowa prześwitywała przez koszulkę. Nos, usta. Pokój nie zachował pamięci o uśmiechu.
— Zagrałem ci. Dla ciebie. To było o tobie. — na urwanych oddechach słowa wychodziły jakoś łatwiej. Od Crowa waliło tytoniem. Czarne loczki wystawały z dziury. Nadal się wierzgał, więc pociągnął go za biodro, zahaczając palcem o sprzączkę spodni.
Na chwilę przestał się szamotać z materiałem. Nie miał już siły, brawura z niego schodziła.
— Ja dymu nie lubię… I było mi gorąco. — patrzył na ten żałosny widok, który sam stworzył. A potem nachylił się i go przytulił.
Zarzucił mu rękę za ramię i wtulił twarz w połacie materiału. Drugą ręką chwycił za plecy i przyciągnął do siebie jak wielkiego kaktusa.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.