07.06.2026, 12:48 ✶
Niełatwo mu było przyjąć do wiadomości, że katastrofa utkana w jego własnej głowie nie była rzeczywista, nawet jeśli składała się w głównej mierze z urojeń i narastającej paranoi, a on się niegdyś szczycił wychodzeniem z takich scen siłą umysłu zdolnego do rozwiązywania spraw niebanalnych. Faktycznie zawiesił się na moment, analizował skąd wzięło się to nie, ale przecież wszystko – absolutnie wszystko – krzyczało: tak. Kiedyś każdy człowiek o jego biografii musiał się rozsypać – i jego czas nastał już chwilę temu. Zdawał sobie z tego sprawę, przynajmniej po części.
To był siódmy dzień żałoby po tym, jak zabił człowieka kochając go szczerze. Nie tak o się miało skończyć i może on sam przeżył, ale coś mu to zabrało na pewno – zostało zgubione albo w mieszkaniu na Islington, albo w rozkopanym grobie, albo (chociaż nie chciał tak o tym myśleć) w jaskini Doppelgangera. Na samo wspomnienie obrzydliwego brata Geraldine przechodził go dreszcz, ale żadne, nawet najgorsze zimno przeszywające go na wskroś, nie mogło równać się z ciepłem cudzych dłoni i obecnością kogoś, na kim mu faktycznie zależało.
Czy tak czuł się Cain, kiedy musiał być prowadzony do łóżka i do łazienki?
Crow odetchnął głęboko, nieudolnie maskując resztki tego, jak wpadał w kolejny atak nieuzasadnionej niczym histerii. Przestał się szarpać już chwilę temu, teraz zwyczajnie chciał przełożyć dłoń przez otwór na rękę, ale straszny to był bałagan – może lepszy niż gnicie kolejną noc z rzędu na rozkładanym siedzeniu auta – ale oddech mu się zrobił gorący i już teraz wiedział, że to zaraz się stanie. Zaraz coś powie i to może być coś mądrego, ale może to być coś, co zatytułuje melodię graną przez Zenka piosenką na pożegnanie. Znów więc odetchnął, wzbronił się przed kolejną werbalną porażką, zamiast tego uniósł ręce w górę, żeby je opleść wokół jego szyi, nie zważając już wcale uwagi na tę koszulkę.
Oddał się na moment najłatwiejszej koncepcji rządzącej jego życiem, jaką kiedykolwiek poznał, będącej odpowiedzią na jedno z ważniejszych pytań egzystencjalnych – czy można było czuć się kochanym, kiedy nikt cię nie dotykał? Oczywiście, że nie. Na szczęście mogłeś zachowywać się jak idiota, aby pewne rzeczy wymusić.
Ktoś, kto nie przybiegał na zawołanie, najzwyczajniej w świecie cię nie kochał. Ale Zenek przecież przybiegł. Szybko stał się więc kimś, w kogo ramionach można było się stopić.
– Przepraszam. Naprawdę przepraszam. – Pewnie byłoby łatwiej, gdyby od tego zaczął całą tę rozmowę. Nie potrafił jednak powiedzieć tego patrząc mu w oczy – mógł to, tak jak teraz, wyszeptać z twarzą zatopioną przy jego nagiej skórze – już samo to sprawiało, że niewyobrażalnie piekło go serce. – Ja… cholernie za tobą tęskniłem i… eee… Ja… Tym razem naprawdę. To nie jest gra, ob-biecuję. – Tylko, że braki gier oznaczały u niego dokładnie to samo, co brak kalkulacji w zachowaniach samodestrukcyjnych i spontanicznych ucieczkach z sypialni przyjaciela – pewne rzeczy przecież „po prostu się działy”, najczęściej wtedy kiedy bardzo potrzebował osiągnąć konkretny efekt, żeby ten strach i dyskomfort wreszcie z niego uleciały. – Naprawdę przepraszam. – Ale mogę ci powiedzieć gdzie mieszkam jutro?
Jutro go tu nie będzie.
To był siódmy dzień żałoby po tym, jak zabił człowieka kochając go szczerze. Nie tak o się miało skończyć i może on sam przeżył, ale coś mu to zabrało na pewno – zostało zgubione albo w mieszkaniu na Islington, albo w rozkopanym grobie, albo (chociaż nie chciał tak o tym myśleć) w jaskini Doppelgangera. Na samo wspomnienie obrzydliwego brata Geraldine przechodził go dreszcz, ale żadne, nawet najgorsze zimno przeszywające go na wskroś, nie mogło równać się z ciepłem cudzych dłoni i obecnością kogoś, na kim mu faktycznie zależało.
Czy tak czuł się Cain, kiedy musiał być prowadzony do łóżka i do łazienki?
Crow odetchnął głęboko, nieudolnie maskując resztki tego, jak wpadał w kolejny atak nieuzasadnionej niczym histerii. Przestał się szarpać już chwilę temu, teraz zwyczajnie chciał przełożyć dłoń przez otwór na rękę, ale straszny to był bałagan – może lepszy niż gnicie kolejną noc z rzędu na rozkładanym siedzeniu auta – ale oddech mu się zrobił gorący i już teraz wiedział, że to zaraz się stanie. Zaraz coś powie i to może być coś mądrego, ale może to być coś, co zatytułuje melodię graną przez Zenka piosenką na pożegnanie. Znów więc odetchnął, wzbronił się przed kolejną werbalną porażką, zamiast tego uniósł ręce w górę, żeby je opleść wokół jego szyi, nie zważając już wcale uwagi na tę koszulkę.
Oddał się na moment najłatwiejszej koncepcji rządzącej jego życiem, jaką kiedykolwiek poznał, będącej odpowiedzią na jedno z ważniejszych pytań egzystencjalnych – czy można było czuć się kochanym, kiedy nikt cię nie dotykał? Oczywiście, że nie. Na szczęście mogłeś zachowywać się jak idiota, aby pewne rzeczy wymusić.
Ktoś, kto nie przybiegał na zawołanie, najzwyczajniej w świecie cię nie kochał. Ale Zenek przecież przybiegł. Szybko stał się więc kimś, w kogo ramionach można było się stopić.
– Przepraszam. Naprawdę przepraszam. – Pewnie byłoby łatwiej, gdyby od tego zaczął całą tę rozmowę. Nie potrafił jednak powiedzieć tego patrząc mu w oczy – mógł to, tak jak teraz, wyszeptać z twarzą zatopioną przy jego nagiej skórze – już samo to sprawiało, że niewyobrażalnie piekło go serce. – Ja… cholernie za tobą tęskniłem i… eee… Ja… Tym razem naprawdę. To nie jest gra, ob-biecuję. – Tylko, że braki gier oznaczały u niego dokładnie to samo, co brak kalkulacji w zachowaniach samodestrukcyjnych i spontanicznych ucieczkach z sypialni przyjaciela – pewne rzeczy przecież „po prostu się działy”, najczęściej wtedy kiedy bardzo potrzebował osiągnąć konkretny efekt, żeby ten strach i dyskomfort wreszcie z niego uleciały. – Naprawdę przepraszam. – Ale mogę ci powiedzieć gdzie mieszkam jutro?
Jutro go tu nie będzie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.