08.06.2026, 05:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.06.2026, 06:01 przez Zenon Kozioł.)
Ręce zaciskały się na jego szyi.
Gdy wdychał swoją koszulkę, pachniała tylko koszulką. Człowiek nie wyczuwał własnego zapachu. Ale nos mógł wsadzić między fałdki materiału tak, by czubkiem wyczuć tętniącą krew. Sam Crow ledwie oddychał przez ten t-shirt. Gdy mówił, słowa były tłumione przez materiał. Zenek ścisnął skórę pod palcami. Kość pod barkiem. Plecy wyścielone mięśniem. Ich klatki unosiły się w górę i w dół, przy każdym cięższym wdechu odrobinę bliżej siebie.
Po prawdzie, mocniejszy uścisk był jedynym sposobem, w jaki Zenek mógł pokazać, że słowa do niego docierały. Z pewnością je słyszał. Ale jak mógł na nie odpowiedzieć? W głowie miał pustkę. Tamtego wieczora zamierzał się umyć, wrócić do pokoju, popisać kompozycje. To był dobry dzień w Rejwachu. Salomea wywróżyła mu nagrodę pieniężną. Pijak-śpioszek nawet nie chrapał… tak mocno, jak zwykle. Lewis zrobił mu kompot do obiadu.
Wykonał koślawy krok stopą do przodu. I drugą. Pchnął Crowa do tyłu. Byli złączeni jak takie śmierdzące czerwone robale, co to się pojawiały, kiedy robiło się cieplej. Znał swój pokój na pamięć, co akurat pozwoliło mu po omacku wycelować zadem Crowa w materac. Opadł obok. Dopiero wtedy go puścił z uścisku.
Dłońmi podważył połacie koszulki. Palce miał stworzone do grania, ale klawisze to nie jedyne delikatne instrumenty. Ostrożnie. Nie chciał, by skręty na karku się zaplątały, by ich boleśnie nie wyrwać. Miał chociaż minimalne pojęcie o polityce bólowej włosów.
T-shirt wreszcie zszedł z jego twarzy. Czy Crow był siny? Nie. Włosy już mu się za to porządnie rozcapirzyły. Jakby samo to, że w zamkniętej przestrzeni było dotąd tak ciepło, nie wystarczyło. Głupie okno. A niech Crow użyje swoich magicznych mocy antyprzeciągowych, to się ugotują w tym pokoju.
Bardzo nie wiedział, co zrobić w następnej kolejności. Jakby, no super, Crow za nim tęsknił. I co dalej? Przymierzał się, by coś powiedzieć. W rezultacie rozchylił usta i znowu wyglądał przed nim jak idiota.
Zamrowiły go palce. Nie wiedział, czy może, i przez chwilę faktycznie siłował się z własną ręką opartą o pościel. W końcu jednak wyciągnął rękę w górę, do jego ucha, i złapał jeden z kosmyków między palce. Jeden z wielu, wielu czarnych i rozwalonych. Przełożył go za ucho. Ręka mu drżała.
— Chyba też tęskniłem. — wydukał, po czym zainteresował się ścianą za łóżkiem. Drewniane panele. Ręka wróciła na własne kolana.
Postanowił na razie nie wracać do tematu przeprosin. Może do rana wyklaruje mu się stanowisko na ten temat. Chociażby, czy w ogóle przeprosin wymagał. Jasne, jego pokój to nie była stacja przesiadkowa, no ale ten stukot serca to chyba nie był tylko stres związany z rozwalonym wieczorem.
Z niebywałą dokładnością zaczął oglądać własne ręce na kolanach. Paznokcie miał czyste. Pomyślał o tytoniowym popiele w karmelu. Przełknął ślinę.
— Może chcesz umyć zęby? Dam ci szczoteczkę. — wysnuł jeszcze ciszej. Oczywiście Zenek, ani nawet cały Rejwach nie posiadali na stanie takiego przedmiotu, jak “szczoteczka dla gości”. Litości. Cudem sanitarnym było to, że każdy mieszkaniec posiadał własną sztukę i regularnie jej używał. Ci odważni trzymali swoje w kubeczku na umywalce. Różniły się kolorami. Sam kubeczek był myty podejrzanie rzadko, no ale jak Zenek mówił: to dla tych odważnych. On swoją schował za specyfikiem z opuncją.
!BINGO A1
Gdy wdychał swoją koszulkę, pachniała tylko koszulką. Człowiek nie wyczuwał własnego zapachu. Ale nos mógł wsadzić między fałdki materiału tak, by czubkiem wyczuć tętniącą krew. Sam Crow ledwie oddychał przez ten t-shirt. Gdy mówił, słowa były tłumione przez materiał. Zenek ścisnął skórę pod palcami. Kość pod barkiem. Plecy wyścielone mięśniem. Ich klatki unosiły się w górę i w dół, przy każdym cięższym wdechu odrobinę bliżej siebie.
Po prawdzie, mocniejszy uścisk był jedynym sposobem, w jaki Zenek mógł pokazać, że słowa do niego docierały. Z pewnością je słyszał. Ale jak mógł na nie odpowiedzieć? W głowie miał pustkę. Tamtego wieczora zamierzał się umyć, wrócić do pokoju, popisać kompozycje. To był dobry dzień w Rejwachu. Salomea wywróżyła mu nagrodę pieniężną. Pijak-śpioszek nawet nie chrapał… tak mocno, jak zwykle. Lewis zrobił mu kompot do obiadu.
Wykonał koślawy krok stopą do przodu. I drugą. Pchnął Crowa do tyłu. Byli złączeni jak takie śmierdzące czerwone robale, co to się pojawiały, kiedy robiło się cieplej. Znał swój pokój na pamięć, co akurat pozwoliło mu po omacku wycelować zadem Crowa w materac. Opadł obok. Dopiero wtedy go puścił z uścisku.
Dłońmi podważył połacie koszulki. Palce miał stworzone do grania, ale klawisze to nie jedyne delikatne instrumenty. Ostrożnie. Nie chciał, by skręty na karku się zaplątały, by ich boleśnie nie wyrwać. Miał chociaż minimalne pojęcie o polityce bólowej włosów.
T-shirt wreszcie zszedł z jego twarzy. Czy Crow był siny? Nie. Włosy już mu się za to porządnie rozcapirzyły. Jakby samo to, że w zamkniętej przestrzeni było dotąd tak ciepło, nie wystarczyło. Głupie okno. A niech Crow użyje swoich magicznych mocy antyprzeciągowych, to się ugotują w tym pokoju.
Bardzo nie wiedział, co zrobić w następnej kolejności. Jakby, no super, Crow za nim tęsknił. I co dalej? Przymierzał się, by coś powiedzieć. W rezultacie rozchylił usta i znowu wyglądał przed nim jak idiota.
Zamrowiły go palce. Nie wiedział, czy może, i przez chwilę faktycznie siłował się z własną ręką opartą o pościel. W końcu jednak wyciągnął rękę w górę, do jego ucha, i złapał jeden z kosmyków między palce. Jeden z wielu, wielu czarnych i rozwalonych. Przełożył go za ucho. Ręka mu drżała.
— Chyba też tęskniłem. — wydukał, po czym zainteresował się ścianą za łóżkiem. Drewniane panele. Ręka wróciła na własne kolana.
Postanowił na razie nie wracać do tematu przeprosin. Może do rana wyklaruje mu się stanowisko na ten temat. Chociażby, czy w ogóle przeprosin wymagał. Jasne, jego pokój to nie była stacja przesiadkowa, no ale ten stukot serca to chyba nie był tylko stres związany z rozwalonym wieczorem.
Z niebywałą dokładnością zaczął oglądać własne ręce na kolanach. Paznokcie miał czyste. Pomyślał o tytoniowym popiele w karmelu. Przełknął ślinę.
— Może chcesz umyć zęby? Dam ci szczoteczkę. — wysnuł jeszcze ciszej. Oczywiście Zenek, ani nawet cały Rejwach nie posiadali na stanie takiego przedmiotu, jak “szczoteczka dla gości”. Litości. Cudem sanitarnym było to, że każdy mieszkaniec posiadał własną sztukę i regularnie jej używał. Ci odważni trzymali swoje w kubeczku na umywalce. Różniły się kolorami. Sam kubeczek był myty podejrzanie rzadko, no ale jak Zenek mówił: to dla tych odważnych. On swoją schował za specyfikiem z opuncją.
!BINGO A1
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.