08.06.2026, 17:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.06.2026, 17:31 przez Alexander Mulciber.)
W jego świecie nawet posiadłości miały imiona, to prawda: imiona wyniosłe, dumnie brzmiące, nadane na wyrost. Niewiele różniły się w tym od ludzi, jacy je zamieszkiwali. Mulciber Manor wymawiał w taki sam sposób, w jaki wymawiał własne imię. Uginając się pod ciężarem dzierżących je pokoleń tak jak fundamenty uginały się pod ciężarem domostwa. Alexander, mówił, ściszając głos przywilejem człowieka o głośnym nazwisku. Nigdy nie dorósł do chwały swego imienia. Nie spełnił oczekiwań, jakie się z nim wiązały. Wątpił, aby kiedykolwiek był w stanie to zrobić. Zawsze frustrowało go, że nawet jego imię nie mogło należeć do niego w pełni. Otrzymał je przecież po dziadku, który otrzymał je z kolei po budowniczym Mulciber Manor.
Nic nie miał na własność, pomyślał gorzko. Nawet imienia.
Nie czuł wstydu, gdy patrzył na ruinę, jaką przedstawiał jego dom rodzinny. Pamiętał czasy, kiedy dom był jeszcze domem, a nie grobem. A może tylko zdawało mu się, że pamięta. Po cóż miałby prowadzić Jahnavi do nieswojego grobu? Nigdy przecież nie zobaczyłaby w Mulciber Manor domu. Nie chciałby, żeby widziała. Jego dom był jak grób, wzniesiony z kamiennych bloków, sny zaś były zaprawą, która zespoiła je z sobą: sny dawno nieżyjących przodków, którzy śnili nawet zza grobu. Dom mógł być siedzibą rodu, symbolem niegdysiejszej jego potęgi… Ale w gruncie rzeczy, był tylko nagrobną płytą, która uświetniała pamięć o nim. Nie kamień się liczył dla arystokratów, lecz wyryte w nimi imiona, bo to imiona pozwalały zachować ciągłość rodu.
Jak to dobrze, że gdy milczeli, imiona nie musiały istnieć, pomyślał Alexander, oparłszy rękę o leżące nieopodal kamienie.
Dawno już zostawili przecież Mulciber Manor za sobą. Wiatr poniósł ich dalej, na otwartą przestrzeń, z dala od tej grobowej duchoty. Z dala od ogromu murów wznoszących się strzeliście ponad ich głowami. Jedynym, co zdawało się okazjonalnie górować ponad płaskowyżem, były drzewa: okazjonalnie nie dlatego, że rosło ich tutaj niewiele, a dlatego, że większość wiatr bezlitośnie przygniatał ku ziemi, nie pozwalając piąć się wzwyż. Na palcach jednej ręki dałoby się zliczyć drzewa, które zdołały się wiejącym tu wichrom przeciwstawić. Jedno rosło na szczycie wzgórza, u podnóży którego skryli się wraz z Navi. Brzoza. Stara, powyginana, ale wciąż silna, mimo że konary powykręcane miała jak palce człowieka z artretyzmem. Chyba tylko siłą woli zdołała oprzeć się nieprzyjaznym warunkom wokół… Zwłaszcza, że wyrosła w samym sercu wrzosowiska. Gdy był jeszcze dzieckiem, mógł wspiąć się po niej, nie zważając na trzaskanie gałęzi. Czuł się wtedy lekkim jak ptak. Lorien skrzywiła się, gdy jej o tym powiedział, ale rozpogodziła się, gdy wyciągnął rękę w jej stronę. Nawet jeżeli była damą, a damy, jak powszechnie wiadomo, po drzewach nie chodziły. Alex wiedział jednak, że sprawia jej tym przyjemność, gdy pomagał jej wejść wyżej, a potem siadywał obok, żeby osłonić ją przed wiatrem. Musiał oddać siostrze swój sweter, żeby było jej wygodniej przycupnąć na rozwidleniu konarów, inaczej nie dałaby mu żyć… A jednak nie narzekał zbyt mocno. Bo gdy mówił, że czuje się jak ptak, miał na myśli to, że czuje się wolnym. Wysoko ponad światem. Wysoko ponad innymi. Lorien nigdy nie przepuściła okazji, aby móc spojrzeć na otaczający ją świat z góry, może dlatego, że wątłe jej ciało nie pozwalało patrzeć na innych z wysoka. Gdy podsadził ją, żeby weszła wyżej, mogła jednak spojrzeć na wrzosowisko z najwyżej położonego naturalnie punktu. Drzewo nie było wysokie, ale z jego gałęzi roztaczał się dobry widok na bezkres wrzosowisk. Nie wolno jej było tylko powiedzieć mamie, że czepia się po drzewach. Zmusił ją, żeby obiecała, że nie powie! W zamian za obietnicę pokazywał jej przelatujące nad głowami ptaki. Kształty w chmurach. Kazał zgadywać, z której strony świata wieje wiatr, targający jej lokami.
To byłem ja, chciał teraz powiedzieć Navi. To jestem ja.
Potem przychodził tam sam. Zasiadał na starym kamieniu obok drzewa, jedną rękę opierając o powyginany przez wiatr pień, drugą o nagrzaną przez słońce ziemię. Zasiadał na kamieniu jak król na tronie, i patrzył na swoje królestwo. Bo to było jego królestwo, choć wygnańczym był królem. Bardziej przywiązanym do ziemi, aniżeli do ludzi, którzy na niej wyrastali. Nie liczył się dla niego ich dobrobyt. Dbał więcej o trawy i o kamienie, o ptaki i o gwiazdy. Nie potrzeba mu było innych doradców. Nie toczył bitew, jak wielcy królowie z książek, które czytał, skryty przed wiatrem pośród skalnych nasypów. Po co miałby kąpać ziemię we krwi, skoro wiedział, że sama zacznie krwawić czerwienią wrzosów, ledwie nadejdzie jesień? Po cóż miałby podbijać dalekie krainy, wędrować w nieznane? Wystarczyło zamknąć oczy, żeby szum traw porastających wrzosowisko zaczął przypominać szum morza.
Miał nadzieję, że Jahnavi również je słyszy.
Uśmiechnął się, gdy zobaczył, że wzięła z sobą pierścienie. Sięgnął po jeden z nich, ten, który zawsze był jego ulubionym: włożył błyskotkę na palec, jak gdyby chcąc nacieszyć się po raz ostatni jej blaskiem. Chwilę później zsunął pierścień z palca, tylko po to, aby przytknąć do niego różdżkę. Zaklęcie wypowiedział bezgłośnie, patrząc, jak złote sploty ożywają, a precjozum maleje. Bez słowa sprezentował błyskotkę Navi, przytrzymawszy jej rękę, aby zbyt duży pierścień nie spadł z jej szczupłych palców. Poczekał, aż dopasuje się do nich rozmiarem. Z zadowoleniem zauważył, że nie zatracił przyjętego pod wpływem zaklęcia kształtu, nawet wtedy, gdy wróżbitka zdjęła pierścień z palca. Zanim powróci do swych rozmiarów, zdążą zakopać go w ziemi.
Do kapsuły trafiły najpierw zabawki psów poszczekujących w oddali. Stara obroża Nemo i piłka Kopernika, którą przez kilka dni bawiła się Łajka: zabawkę skonfiskowaną przed laty zwróciła Alexandrowi babka, z okazji ostatnich obchodów Mabon. Potem wsypali do puszki po kawie kwiaty. Płatki zdziczałych róż, obrosłych Mulciber Manor, oraz pocałowane jesiennym słońcem aksamitki, z których Navi plotła piękne wieńce. Do środka trafiły również pierścienie, porzucone przez Alexandra w jeziornym mule. Cieszył się, że Jahnavi nie wydobyła z jego głębin wszystkich błyskotek. Brakowało jeszcze tylko jednej rzeczy.
Ujął delikatnie przegub kobiety, na którym perlił się pąk starych bransoletek. Uniósł delikatnie jej dłoń, jak gdyby nagle dostrzegł coś w jej liniach, co dotychczas było przed nim ukryte. Przez chwilę po prostu studiował metalowe kółka, które zdobiły jej nadgarstek, szukając tego najbardziej obdartego z koloru. Wyślizganego bliskością jej ciała. Wytartego o skórę. Nie zapytał o pozwolenie. Po prostu zsunął jedną z bransoletek z ręki Navi, musnąwszy ustami jej przegub w niewypowiedzianej na głos obietnicy zadośćuczynienia.
!BINGO A5
Nic nie miał na własność, pomyślał gorzko. Nawet imienia.
Nie czuł wstydu, gdy patrzył na ruinę, jaką przedstawiał jego dom rodzinny. Pamiętał czasy, kiedy dom był jeszcze domem, a nie grobem. A może tylko zdawało mu się, że pamięta. Po cóż miałby prowadzić Jahnavi do nieswojego grobu? Nigdy przecież nie zobaczyłaby w Mulciber Manor domu. Nie chciałby, żeby widziała. Jego dom był jak grób, wzniesiony z kamiennych bloków, sny zaś były zaprawą, która zespoiła je z sobą: sny dawno nieżyjących przodków, którzy śnili nawet zza grobu. Dom mógł być siedzibą rodu, symbolem niegdysiejszej jego potęgi… Ale w gruncie rzeczy, był tylko nagrobną płytą, która uświetniała pamięć o nim. Nie kamień się liczył dla arystokratów, lecz wyryte w nimi imiona, bo to imiona pozwalały zachować ciągłość rodu.
Jak to dobrze, że gdy milczeli, imiona nie musiały istnieć, pomyślał Alexander, oparłszy rękę o leżące nieopodal kamienie.
Dawno już zostawili przecież Mulciber Manor za sobą. Wiatr poniósł ich dalej, na otwartą przestrzeń, z dala od tej grobowej duchoty. Z dala od ogromu murów wznoszących się strzeliście ponad ich głowami. Jedynym, co zdawało się okazjonalnie górować ponad płaskowyżem, były drzewa: okazjonalnie nie dlatego, że rosło ich tutaj niewiele, a dlatego, że większość wiatr bezlitośnie przygniatał ku ziemi, nie pozwalając piąć się wzwyż. Na palcach jednej ręki dałoby się zliczyć drzewa, które zdołały się wiejącym tu wichrom przeciwstawić. Jedno rosło na szczycie wzgórza, u podnóży którego skryli się wraz z Navi. Brzoza. Stara, powyginana, ale wciąż silna, mimo że konary powykręcane miała jak palce człowieka z artretyzmem. Chyba tylko siłą woli zdołała oprzeć się nieprzyjaznym warunkom wokół… Zwłaszcza, że wyrosła w samym sercu wrzosowiska. Gdy był jeszcze dzieckiem, mógł wspiąć się po niej, nie zważając na trzaskanie gałęzi. Czuł się wtedy lekkim jak ptak. Lorien skrzywiła się, gdy jej o tym powiedział, ale rozpogodziła się, gdy wyciągnął rękę w jej stronę. Nawet jeżeli była damą, a damy, jak powszechnie wiadomo, po drzewach nie chodziły. Alex wiedział jednak, że sprawia jej tym przyjemność, gdy pomagał jej wejść wyżej, a potem siadywał obok, żeby osłonić ją przed wiatrem. Musiał oddać siostrze swój sweter, żeby było jej wygodniej przycupnąć na rozwidleniu konarów, inaczej nie dałaby mu żyć… A jednak nie narzekał zbyt mocno. Bo gdy mówił, że czuje się jak ptak, miał na myśli to, że czuje się wolnym. Wysoko ponad światem. Wysoko ponad innymi. Lorien nigdy nie przepuściła okazji, aby móc spojrzeć na otaczający ją świat z góry, może dlatego, że wątłe jej ciało nie pozwalało patrzeć na innych z wysoka. Gdy podsadził ją, żeby weszła wyżej, mogła jednak spojrzeć na wrzosowisko z najwyżej położonego naturalnie punktu. Drzewo nie było wysokie, ale z jego gałęzi roztaczał się dobry widok na bezkres wrzosowisk. Nie wolno jej było tylko powiedzieć mamie, że czepia się po drzewach. Zmusił ją, żeby obiecała, że nie powie! W zamian za obietnicę pokazywał jej przelatujące nad głowami ptaki. Kształty w chmurach. Kazał zgadywać, z której strony świata wieje wiatr, targający jej lokami.
To byłem ja, chciał teraz powiedzieć Navi. To jestem ja.
Potem przychodził tam sam. Zasiadał na starym kamieniu obok drzewa, jedną rękę opierając o powyginany przez wiatr pień, drugą o nagrzaną przez słońce ziemię. Zasiadał na kamieniu jak król na tronie, i patrzył na swoje królestwo. Bo to było jego królestwo, choć wygnańczym był królem. Bardziej przywiązanym do ziemi, aniżeli do ludzi, którzy na niej wyrastali. Nie liczył się dla niego ich dobrobyt. Dbał więcej o trawy i o kamienie, o ptaki i o gwiazdy. Nie potrzeba mu było innych doradców. Nie toczył bitew, jak wielcy królowie z książek, które czytał, skryty przed wiatrem pośród skalnych nasypów. Po co miałby kąpać ziemię we krwi, skoro wiedział, że sama zacznie krwawić czerwienią wrzosów, ledwie nadejdzie jesień? Po cóż miałby podbijać dalekie krainy, wędrować w nieznane? Wystarczyło zamknąć oczy, żeby szum traw porastających wrzosowisko zaczął przypominać szum morza.
Miał nadzieję, że Jahnavi również je słyszy.
Uśmiechnął się, gdy zobaczył, że wzięła z sobą pierścienie. Sięgnął po jeden z nich, ten, który zawsze był jego ulubionym: włożył błyskotkę na palec, jak gdyby chcąc nacieszyć się po raz ostatni jej blaskiem. Chwilę później zsunął pierścień z palca, tylko po to, aby przytknąć do niego różdżkę. Zaklęcie wypowiedział bezgłośnie, patrząc, jak złote sploty ożywają, a precjozum maleje. Bez słowa sprezentował błyskotkę Navi, przytrzymawszy jej rękę, aby zbyt duży pierścień nie spadł z jej szczupłych palców. Poczekał, aż dopasuje się do nich rozmiarem. Z zadowoleniem zauważył, że nie zatracił przyjętego pod wpływem zaklęcia kształtu, nawet wtedy, gdy wróżbitka zdjęła pierścień z palca. Zanim powróci do swych rozmiarów, zdążą zakopać go w ziemi.
Do kapsuły trafiły najpierw zabawki psów poszczekujących w oddali. Stara obroża Nemo i piłka Kopernika, którą przez kilka dni bawiła się Łajka: zabawkę skonfiskowaną przed laty zwróciła Alexandrowi babka, z okazji ostatnich obchodów Mabon. Potem wsypali do puszki po kawie kwiaty. Płatki zdziczałych róż, obrosłych Mulciber Manor, oraz pocałowane jesiennym słońcem aksamitki, z których Navi plotła piękne wieńce. Do środka trafiły również pierścienie, porzucone przez Alexandra w jeziornym mule. Cieszył się, że Jahnavi nie wydobyła z jego głębin wszystkich błyskotek. Brakowało jeszcze tylko jednej rzeczy.
Ujął delikatnie przegub kobiety, na którym perlił się pąk starych bransoletek. Uniósł delikatnie jej dłoń, jak gdyby nagle dostrzegł coś w jej liniach, co dotychczas było przed nim ukryte. Przez chwilę po prostu studiował metalowe kółka, które zdobiły jej nadgarstek, szukając tego najbardziej obdartego z koloru. Wyślizganego bliskością jej ciała. Wytartego o skórę. Nie zapytał o pozwolenie. Po prostu zsunął jedną z bransoletek z ręki Navi, musnąwszy ustami jej przegub w niewypowiedzianej na głos obietnicy zadośćuczynienia.
!BINGO A5
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat