08.06.2026, 20:17 ✶
— Dobry wieczór, ja… N-naprawdę? — zająknął się Erik, marszcząc czoło na słowa kobiety. — Ale skąd… Kto?
Nie przypominał sobie, żeby matka coś mówiła o tym, że Philippa przepowiadała przyszłość? A może ktoś z rodziny doniósł jej o tych epizodach, próbując uzyskać nieoficjalną konsultację w jego imieniu. Longbottom wypuścił powoli powietrze z ust.
— Nie… Niestety nie — przyznał. — Ale nie pogardzę filiżanką, kiedy się już uporamy z moim problemem. — Uśmiechnął się krzywo do ciotki, wchodząc do gabinetu. — Można powiedzieć, że przychodzę po rachunek…
Mimo tego, że otaczało go wielu ludzi, którzy szczerze mu sprzyjali i bez wahania wyciągnęliby do niego rękę, Erik wciąż z trudem zdobywał się na to, by prosić kogokolwiek o pomoc. Wierzył, że to jego rolą było wyprowadzanie innych z kryzysu, toteż kiedy sam w takowym lądował, tkwił w przeświadczeniu, że powinien polegać głównie na sobie. Toczący się aktualnie w kraju konflikt może i częściowo wyleczył go z takiego niezdrowego podejścia do życia, ale trudno było zmienić stare przyzwyczajenia.
Gdyby potrafił i miał pewność, że niczego nie zepsuje, to zapewne sam spróbowałby użyć na sobie odpowiedniego zaklęcia, ale… Grzebanie we własnej głowie przy jego stanie wiedzy na temat uroków wydawało się wyjątkowo nieodpowiedzialne. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę wszystkie jego obecne zobowiązania. Nie mógł ryzykować, że wyląduje w Lecznicy Dusz, śliniąc się do ściany tak samo, jak nie mógł pozwolić, aby przekleństwo Spalonej Nocy dalej go dręczyło.
— Byłem w Londynie w czasie pożarów i coś mi się… stało — odezwał się, pozwalając się prowadzić Philippie w odpowiednie miejsce. — Nie wiem, może to ten pył, po którym ludzie podobno zaczęli chorować. Może mnie też coś dopadło. Może po prostu widziałem zbyt dużo, ale… Czuję niepokój. Praktycznie cały czas. Jakbym musiał non stop być w stanie ciągłej gotowości.
Normalnie nie byłoby w tym nic dziwnego; jako wieloletni funkcjonariusz BUM musiał być gotowy do pracy o każdej porze, ale to było coś innego. Jakby… nadwrażliwość? Początki paranoi? Wzdrygnął się na samą myśl.
— Robi się coraz gorzej. Mam wrażenie, że… Czarny Pan… mnie obserwuje. Słyszę jakieś głosy, a czasem nawet… Mówię słowa, które nie są moje. Praktycznie jakbym cytował fragmenty manifestu Śmierciożerców — kontynuował, starając się skupić na fakt. — Muszę się tego pozbyć. Wymazać to z głowy, cokolwiek. Ten niepokój coraz mocniej ingeruje w to, co się dzieje wokół mnie.
Czy musiał opowiadać o swoim ataku paniki, kiedy zaczął pluć hasłami o szlamach po treningu na wzgórzach Doliny Godryka? O tym, jak Anthony cudem uratował go przed wielką wpadką na weselu Ambrożego i Geraldine? O tym, że ilekroć próbował wypowiedzieć imię Czarnego Pana na głos, to język wiązał mu się w supeł, a on sam czuł się, jakby spomiędzy cieni miał wypełznąć cały oddział Śmierciożerców, żeby go ukarać?
Nie przypominał sobie, żeby matka coś mówiła o tym, że Philippa przepowiadała przyszłość? A może ktoś z rodziny doniósł jej o tych epizodach, próbując uzyskać nieoficjalną konsultację w jego imieniu. Longbottom wypuścił powoli powietrze z ust.
— Nie… Niestety nie — przyznał. — Ale nie pogardzę filiżanką, kiedy się już uporamy z moim problemem. — Uśmiechnął się krzywo do ciotki, wchodząc do gabinetu. — Można powiedzieć, że przychodzę po rachunek…
Mimo tego, że otaczało go wielu ludzi, którzy szczerze mu sprzyjali i bez wahania wyciągnęliby do niego rękę, Erik wciąż z trudem zdobywał się na to, by prosić kogokolwiek o pomoc. Wierzył, że to jego rolą było wyprowadzanie innych z kryzysu, toteż kiedy sam w takowym lądował, tkwił w przeświadczeniu, że powinien polegać głównie na sobie. Toczący się aktualnie w kraju konflikt może i częściowo wyleczył go z takiego niezdrowego podejścia do życia, ale trudno było zmienić stare przyzwyczajenia.
Gdyby potrafił i miał pewność, że niczego nie zepsuje, to zapewne sam spróbowałby użyć na sobie odpowiedniego zaklęcia, ale… Grzebanie we własnej głowie przy jego stanie wiedzy na temat uroków wydawało się wyjątkowo nieodpowiedzialne. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę wszystkie jego obecne zobowiązania. Nie mógł ryzykować, że wyląduje w Lecznicy Dusz, śliniąc się do ściany tak samo, jak nie mógł pozwolić, aby przekleństwo Spalonej Nocy dalej go dręczyło.
— Byłem w Londynie w czasie pożarów i coś mi się… stało — odezwał się, pozwalając się prowadzić Philippie w odpowiednie miejsce. — Nie wiem, może to ten pył, po którym ludzie podobno zaczęli chorować. Może mnie też coś dopadło. Może po prostu widziałem zbyt dużo, ale… Czuję niepokój. Praktycznie cały czas. Jakbym musiał non stop być w stanie ciągłej gotowości.
Normalnie nie byłoby w tym nic dziwnego; jako wieloletni funkcjonariusz BUM musiał być gotowy do pracy o każdej porze, ale to było coś innego. Jakby… nadwrażliwość? Początki paranoi? Wzdrygnął się na samą myśl.
— Robi się coraz gorzej. Mam wrażenie, że… Czarny Pan… mnie obserwuje. Słyszę jakieś głosy, a czasem nawet… Mówię słowa, które nie są moje. Praktycznie jakbym cytował fragmenty manifestu Śmierciożerców — kontynuował, starając się skupić na fakt. — Muszę się tego pozbyć. Wymazać to z głowy, cokolwiek. Ten niepokój coraz mocniej ingeruje w to, co się dzieje wokół mnie.
Czy musiał opowiadać o swoim ataku paniki, kiedy zaczął pluć hasłami o szlamach po treningu na wzgórzach Doliny Godryka? O tym, jak Anthony cudem uratował go przed wielką wpadką na weselu Ambrożego i Geraldine? O tym, że ilekroć próbował wypowiedzieć imię Czarnego Pana na głos, to język wiązał mu się w supeł, a on sam czuł się, jakby spomiędzy cieni miał wypełznąć cały oddział Śmierciożerców, żeby go ukarać?
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞