09.06.2026, 06:23 ✶
Seisyll uśmiechnął się do Cynthii, ale ten uśmiech miał w sobie jakieś ziarno smutku. Nie dlatego, że miał jej cokolwiek do zarzucenia – nie męczyło go to, że inni organizowali swoje życie po swojemu – nie ulegało jednak jego percepcji spostrzeżenie, że to wybrane przez Cynthię było bardzo samotne. On sam nie wyobrażał sobie przetrwania najgorszych chwil bez śmiechu dzieci odbijającego się od ścian posiadłości w Llanberis.
Smutek z jego uśmiechu wyparował dokładnie w momencie, w którym Helena wspomniała o obrazie, jaki utkwił jej w pamięci.
– Nic w Walii nie spłonęło, a jeśli spłonęło, to może ktoś to podpalił w akcie zemsty. Klienci mi powiedzieli, że poza Londynem faktycznie popiół sypał się z nieba w kilku innych miejscach, ale to się ciągnęło od Kornwalii do Yorkshire, przez Londyn. Kiedy ta pożoga trawiła angielską – no bo przecież nie jego, Anglia nigdy nie była do końca jego – stolicę, ludzie w Oxfordzie podziwiali piękny zachód słońca. – Poprawił swoje usadowienie na krześle, a metalowa noga wydała przy tym charakterystyczny dźwięk. Dźwięk, którego nie wydawała nigdy w dni, kiedy Seisyll zakładał na twarz maskę i opuszczał swoje strony, aby wykonywać Jego wolę. Gwarancją nierozpoznania go gdy nosił się w szatach Śmierciożercy było udawanie większego kaleki, niż nakazywał mu brak nogi. – Jedynym co zmieniło się w Snowdonii jest to, że zasypano mnie zleceniami. Sporo osób nawróciło się po tym wydarzeniu na drogę wiary. To dobrze, chociaż szkoda, że przed oblicza Rogatego Boga i Matki zaprowadził ich strach, a nie miłość i zdrowy rozsądek. – Odetchnął. – Więc to lepiej, że twoje mieszkanie przetrwało. Dobre dla siebie decyzje można podejmować bez względu na okrutne okoliczności. – Nie pamiętał dokładnie, czy przetrwanie tegoż lokum było efektem ich łaski, czy samego Voldemorta, ale czy to w ogóle miało znaczenie? Seisyll słysząc o krzywdzie kogoś dzielącego z nim nazwisko, krzywdzie zupełnie nieuzasadnionej, momentalnie doprowadziłby do rozłamu w grupie rebeliantów. Dobrze wiedział, że nie musiał mówić tego na głos, bo jego myśli przestawały być jego myślami sekundę po przekroczeniu progu przejścia pod Kromlechem.
Smutek z jego uśmiechu wyparował dokładnie w momencie, w którym Helena wspomniała o obrazie, jaki utkwił jej w pamięci.
– Nic w Walii nie spłonęło, a jeśli spłonęło, to może ktoś to podpalił w akcie zemsty. Klienci mi powiedzieli, że poza Londynem faktycznie popiół sypał się z nieba w kilku innych miejscach, ale to się ciągnęło od Kornwalii do Yorkshire, przez Londyn. Kiedy ta pożoga trawiła angielską – no bo przecież nie jego, Anglia nigdy nie była do końca jego – stolicę, ludzie w Oxfordzie podziwiali piękny zachód słońca. – Poprawił swoje usadowienie na krześle, a metalowa noga wydała przy tym charakterystyczny dźwięk. Dźwięk, którego nie wydawała nigdy w dni, kiedy Seisyll zakładał na twarz maskę i opuszczał swoje strony, aby wykonywać Jego wolę. Gwarancją nierozpoznania go gdy nosił się w szatach Śmierciożercy było udawanie większego kaleki, niż nakazywał mu brak nogi. – Jedynym co zmieniło się w Snowdonii jest to, że zasypano mnie zleceniami. Sporo osób nawróciło się po tym wydarzeniu na drogę wiary. To dobrze, chociaż szkoda, że przed oblicza Rogatego Boga i Matki zaprowadził ich strach, a nie miłość i zdrowy rozsądek. – Odetchnął. – Więc to lepiej, że twoje mieszkanie przetrwało. Dobre dla siebie decyzje można podejmować bez względu na okrutne okoliczności. – Nie pamiętał dokładnie, czy przetrwanie tegoż lokum było efektem ich łaski, czy samego Voldemorta, ale czy to w ogóle miało znaczenie? Seisyll słysząc o krzywdzie kogoś dzielącego z nim nazwisko, krzywdzie zupełnie nieuzasadnionej, momentalnie doprowadziłby do rozłamu w grupie rebeliantów. Dobrze wiedział, że nie musiał mówić tego na głos, bo jego myśli przestawały być jego myślami sekundę po przekroczeniu progu przejścia pod Kromlechem.
walijski #5e7f63
Salazar #7f4242
Salazar #7f4242