Na tym etapie szata magimedyka z Munga przestała być czystym, wykrochmalonym mudnudrem, zakładanym na wełnianą spódnice i koszulę. Jak każdy jeden pracownik szpitala, odzienie Deirdre wyglądało jak makabryczna malowanka trzylatka, tylko zamiast farb dano mu popiół i krew. Kilka odcisków palców na ramionach, ktoś proszący o pomoc, może szukający wsparcia, a może potrząsający łodygą medyczki w agresji wywołanej bezsilnością. Malfoyówna już nie pamiętała.
Skończyła właśnie podawać eliksir wiggenowy, gdy podzeszedł do niej jej prowadzący.
— Malfoy, przenieś się do sekcji Uruz, Sprout potrzebuje wsparcia.
Kobieta przygarnęła, umyła ręce kolejny raz, czując, że miejscami prawie całkowicie zszorowała naskórek. Ale były czyste. Miękkie pantofle niemal nie robiły żadnego dźwięku, a na pewno ginął on całkowicie w harmidrze głosów, krzyków, stukania fiolek z eliksirami i rozmów. Przetruchtała z zadyszką do części Uruz, a tam Sprout wskazał jej średnio zaludniony korytarz rannych oczekujących na pomoc i malutkie krzesełko, gdzie mogła ich opatrzeć.
Szybko przeskanowała obecnych, szukając najbardziej poszkodowanych i jej blade oczy trafiły na dziewczynę z urazem głowy. Musiała być mniej więcej w tym samym wieku, co ona. Deirdre odgarnęła z twarzy kosmyki, które wyplątały się z ciasnego koka, ułożyła zręcznie narzędzia po swojemu i podeszła do poszkodowanej.
— Magimedyczka Deirdre Malfoy. Jak masz na imię? Co ci… um… dolega? Przeprowadze cię do badania.
Głos Deirdre był trochę ochrypły od dymu oraz ciągłego powtarzania tej samej formułki. Kobieta wzięła pod rękę drugą i pomogła jej przejść do stacji medycznej.