Głupie pierdolone łzy.
A przecież kurwa ogarniała całą tą kuwetę i radziła sobie wykurwiście dobrze, pomijając te wszystkie momenty, kiedy czuła się wykurwiście źle z powodu… braku. Jakby byli kulawi. Ich dynamika została zaburzona przez Mabon i Miles to chyba wkurwiało najbardziej. Znaczy super że udało się Liszkowi wrócić do domu i super że zrobił to w podskokach (metaforycznych) bo się tak stęsknił za swoim dorosłym rodzeństwem i - Miles nie była pewna, ale w złości zawsze brzmiało dobrze - Basilius nie marzył o niczym innym jak o tym, żeby im dupy podetrzeć. Cieszyła się jego szczęściem. Nie. Chciała się cieszyć jego szczęściem.
Prawda była taka, że uwielbiała prześcigiwać się z Thomasem kto powie większą bzdurę, żeby Liszek zrobił minę, uwielbiała siedzieć do nocy z kartami, a po kręgosłupie przechodził jej miły dreszcz, kiedy byli już tak zmęczeni że im nie stykało w głowach (nie żeby normalnie im stykało) i miziali się jak małpy w barłogu, bo wtedy, WTEDY tak na prawdę odpoczywała.
A teraz chuja odpoczywała i była zła na Liszka że ich zostawił i na Thomasa, że ma takie smutne oczy i że jej ból pośladów odbija się na nim bo przecież ZA NIC nie chciała powiedzieć mu, że elo koleś nie wystarczasz mi, przecież nie o to chodziło. Ale gdy siedzieli tylko we dwoje, przychodziły słowa, które być może nie powinny paść.
Czy uweirzyłby, gdyby mu powiedziała, że jakby było odwrotnie i Figg nagle stwierdził, że zamieszka u Nory pod ladą, a ona została tylko z Liszkiem, to też byłoby chujowo? Prewett zbyt szybko się męczył, zbyt łatwo przestawał nadążać za jej pomysłami które wymagały przeskoczenia trzech pięter i też czasem… czasem jak pojawiała się krew, jak pojawiały się duszności… to Moody musiała wyjść. Po prostu. I wtedy zostawał Thomas razem z nim i Moody nie czuła się jak ostatnia pizda, która porzuca przyjaciela w potrzebie, bo był w dobrych rękach, a też Tommy był tak bezczelnie, absolutnie czuły i troskliwy… Nie dbał o siebie w ogóle, ale ona też nie dbała, a wtedy przychodził Lishek i wciskał im w dupę (hehe wcale nie, w gardło im wciskał) brokuły i…
To kółko się toczyło. To kółko miało sens.
- Nie Liszek, to moja wina. To moja wina. - powtórzyła ocierając rękawem łzy z rozmiękczonej zaczerwienionej twarzy.
Żałosne.
- Po prostu wkurwia mnie to. Wkurwia mnie to, że się wyprowadziłeś. Chujowo mi z tym. Chciałam się odegrać. - rzuciła wściekle, zapominając w połowie wypowiedzi, że było jej smutno, że przepraszała, a nie robiła wyrzuty. Ale to była prawda. Zasłużył na prawdę. Oboje zasłużyli. - Pierdole to, idę zapalić. Jakby… nie czekajcie na mnie. I tak beznadziejny był ten grzaniec. - wypluła z siebie wstając tak zamaszyście, że przyjebała w stół. Soczysta kurwa utonęła w oceanie rozmów Dziurawego Kotła, a Miles narzuciwszy na plecy płaszcz po prostu wyszła.
A przecież kurwa ogarniała całą tą kuwetę i radziła sobie wykurwiście dobrze, pomijając te wszystkie momenty, kiedy czuła się wykurwiście źle z powodu… braku. Jakby byli kulawi. Ich dynamika została zaburzona przez Mabon i Miles to chyba wkurwiało najbardziej. Znaczy super że udało się Liszkowi wrócić do domu i super że zrobił to w podskokach (metaforycznych) bo się tak stęsknił za swoim dorosłym rodzeństwem i - Miles nie była pewna, ale w złości zawsze brzmiało dobrze - Basilius nie marzył o niczym innym jak o tym, żeby im dupy podetrzeć. Cieszyła się jego szczęściem. Nie. Chciała się cieszyć jego szczęściem.
Prawda była taka, że uwielbiała prześcigiwać się z Thomasem kto powie większą bzdurę, żeby Liszek zrobił minę, uwielbiała siedzieć do nocy z kartami, a po kręgosłupie przechodził jej miły dreszcz, kiedy byli już tak zmęczeni że im nie stykało w głowach (nie żeby normalnie im stykało) i miziali się jak małpy w barłogu, bo wtedy, WTEDY tak na prawdę odpoczywała.
A teraz chuja odpoczywała i była zła na Liszka że ich zostawił i na Thomasa, że ma takie smutne oczy i że jej ból pośladów odbija się na nim bo przecież ZA NIC nie chciała powiedzieć mu, że elo koleś nie wystarczasz mi, przecież nie o to chodziło. Ale gdy siedzieli tylko we dwoje, przychodziły słowa, które być może nie powinny paść.
Czy uweirzyłby, gdyby mu powiedziała, że jakby było odwrotnie i Figg nagle stwierdził, że zamieszka u Nory pod ladą, a ona została tylko z Liszkiem, to też byłoby chujowo? Prewett zbyt szybko się męczył, zbyt łatwo przestawał nadążać za jej pomysłami które wymagały przeskoczenia trzech pięter i też czasem… czasem jak pojawiała się krew, jak pojawiały się duszności… to Moody musiała wyjść. Po prostu. I wtedy zostawał Thomas razem z nim i Moody nie czuła się jak ostatnia pizda, która porzuca przyjaciela w potrzebie, bo był w dobrych rękach, a też Tommy był tak bezczelnie, absolutnie czuły i troskliwy… Nie dbał o siebie w ogóle, ale ona też nie dbała, a wtedy przychodził Lishek i wciskał im w dupę (hehe wcale nie, w gardło im wciskał) brokuły i…
To kółko się toczyło. To kółko miało sens.
- Nie Liszek, to moja wina. To moja wina. - powtórzyła ocierając rękawem łzy z rozmiękczonej zaczerwienionej twarzy.
Żałosne.
- Po prostu wkurwia mnie to. Wkurwia mnie to, że się wyprowadziłeś. Chujowo mi z tym. Chciałam się odegrać. - rzuciła wściekle, zapominając w połowie wypowiedzi, że było jej smutno, że przepraszała, a nie robiła wyrzuty. Ale to była prawda. Zasłużył na prawdę. Oboje zasłużyli. - Pierdole to, idę zapalić. Jakby… nie czekajcie na mnie. I tak beznadziejny był ten grzaniec. - wypluła z siebie wstając tak zamaszyście, że przyjebała w stół. Soczysta kurwa utonęła w oceanie rozmów Dziurawego Kotła, a Miles narzuciwszy na plecy płaszcz po prostu wyszła.
Postać opuszcza sesję