09.06.2026, 15:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.06.2026, 15:22 przez Millie Moody.)
Jebła głową o stół.
Zaśmiała się.
- Teraz mam zeza jak moja ulubiona ryba. Zaraz Bertie zaczniemy tańczyć! - "wieszczyła" z udawaną wesołością, która na ten krótki moment nie była udawana, nie wtedy kiedy z bratem chowała się pod stołem i miała znów kilka lat, a nie trzydzieści za moment. Aż ją rwało żeby na obiad nałożyć sobie od razu słodycze, korzystać z tego, że nikt NIKT nie może powiedzieć, że najpierw mięsko. Bott ich niewątpliwie rozpieszczał, zapewne gdyby nie jego zaproszenie to żarłaby pączki na środku kuchni w Księżycowym Stawie, albo po prostu poszłaby na cmentarz pić zupę winową i gadać do zimnego kamienia będącego ich matką, jak to chujowe jest życie. Albo jak nie chujowe, bo ostatnio… ostatnio było mniej chujowe. I bardzo chciała opowiedzieć o tym Alkowi, bardzo chciała tak już poza zakonową szarżą poplotkować, kto wie, może nawet przy okolicy drugiej butelki pozwierzać się…
Ale prawda była taka, że zawsze, zawsze trzeba było trzymać gardę. Zawsze trzeba było trzymać gardę i być czujnym wcale nie przed avadą, czy innym crucio, a przed kosą w bebechy od pytań, które mogły lawiną przetoczyć przez jej głowę pizdyliard emocji, nad którymi nie będzie w stanie zapanować. Prostych pytań. Zdradliwych pytań.
Bo to było proste pytanie zadane "kto?", dlaczego więc czuła że to pułapka?
Dobra, czas na dywersję
– pomyślała gdy tylko wynurzyła się spod stołu. – Liszek… Basilius. Nasz przyjaciel, mówiłam Ci o nim poprzednim razem gdy się widzieliśmy. – Odpowiedziała płasko, nie patrząc w stronę Aarona, odwołując się do zebrania Zakonu sprzed dwóch dni ledwie. Wróciła też na swoje miejsce i nałożyła sobie coś na ślepo. Cokolwiek Bertie przed nimi postawił było pyszne - w to nie wątpiła, chociaż po zapachu rozpoznała, że kawał puddingu, który wybrała, niestety raczej nie był czekoladowy a wątróbkowy i lekko ją zemdliło. A może to nerwy? Może to pytania, które mogły przyjść następne po otwierającym "kto"? – W ogóle pojebane co mówią o Dolinie nie sądzicie? Spalone jabłko, w chuj przykre, w pierwszej chwili w ogóle myślałam, że sad Abbotów poszedł z dymem, ale to chyba tylko taka zjebana metafora. – zaproponowała jeden z tematów, które bardzo zapobiegliwie zapisała sobie na kartce zatytułowanej bardzo zamaszyście: NEUTRALE. Widelcem podziobała trochę potrawę, pogoniła żurawinkę i sięgnęła po kromkę chleba, żeby zapchać sobie czymś usta. Może poprosi Bertiego o paczki i zabierze je do Stawu? Nie… nie trzeba będzie, na pewno już o tym pomyślał, zanim ona na to w ogóle wpadła. Wielkolud zbyt dobrze znał nawyki żywieniowe Moodych.
Zaśmiała się.
- Teraz mam zeza jak moja ulubiona ryba. Zaraz Bertie zaczniemy tańczyć! - "wieszczyła" z udawaną wesołością, która na ten krótki moment nie była udawana, nie wtedy kiedy z bratem chowała się pod stołem i miała znów kilka lat, a nie trzydzieści za moment. Aż ją rwało żeby na obiad nałożyć sobie od razu słodycze, korzystać z tego, że nikt NIKT nie może powiedzieć, że najpierw mięsko. Bott ich niewątpliwie rozpieszczał, zapewne gdyby nie jego zaproszenie to żarłaby pączki na środku kuchni w Księżycowym Stawie, albo po prostu poszłaby na cmentarz pić zupę winową i gadać do zimnego kamienia będącego ich matką, jak to chujowe jest życie. Albo jak nie chujowe, bo ostatnio… ostatnio było mniej chujowe. I bardzo chciała opowiedzieć o tym Alkowi, bardzo chciała tak już poza zakonową szarżą poplotkować, kto wie, może nawet przy okolicy drugiej butelki pozwierzać się…
Ale prawda była taka, że zawsze, zawsze trzeba było trzymać gardę. Zawsze trzeba było trzymać gardę i być czujnym wcale nie przed avadą, czy innym crucio, a przed kosą w bebechy od pytań, które mogły lawiną przetoczyć przez jej głowę pizdyliard emocji, nad którymi nie będzie w stanie zapanować. Prostych pytań. Zdradliwych pytań.
Bo to było proste pytanie zadane "kto?", dlaczego więc czuła że to pułapka?
Dobra, czas na dywersję
– pomyślała gdy tylko wynurzyła się spod stołu. – Liszek… Basilius. Nasz przyjaciel, mówiłam Ci o nim poprzednim razem gdy się widzieliśmy. – Odpowiedziała płasko, nie patrząc w stronę Aarona, odwołując się do zebrania Zakonu sprzed dwóch dni ledwie. Wróciła też na swoje miejsce i nałożyła sobie coś na ślepo. Cokolwiek Bertie przed nimi postawił było pyszne - w to nie wątpiła, chociaż po zapachu rozpoznała, że kawał puddingu, który wybrała, niestety raczej nie był czekoladowy a wątróbkowy i lekko ją zemdliło. A może to nerwy? Może to pytania, które mogły przyjść następne po otwierającym "kto"? – W ogóle pojebane co mówią o Dolinie nie sądzicie? Spalone jabłko, w chuj przykre, w pierwszej chwili w ogóle myślałam, że sad Abbotów poszedł z dymem, ale to chyba tylko taka zjebana metafora. – zaproponowała jeden z tematów, które bardzo zapobiegliwie zapisała sobie na kartce zatytułowanej bardzo zamaszyście: NEUTRALE. Widelcem podziobała trochę potrawę, pogoniła żurawinkę i sięgnęła po kromkę chleba, żeby zapchać sobie czymś usta. Może poprosi Bertiego o paczki i zabierze je do Stawu? Nie… nie trzeba będzie, na pewno już o tym pomyślał, zanim ona na to w ogóle wpadła. Wielkolud zbyt dobrze znał nawyki żywieniowe Moodych.