10.06.2026, 00:20 ✶
Lukas zacisnął palce na bruku, jakby mógł wbić się w kamień wystarczająco mocno, by zmusić własne ciało do posłuszeństwa. Nie mógł. Każdy ruch kończył się tym samym: ostrym, rwącym bólem, który rozlewał się od pleców przez żebra aż do brzucha, odbierając mu resztki oddechu. Przez chwilę próbował wmówić sobie, że to tylko szok. Że zaraz przejdzie. Że wystarczy odliczyć do trzech, podeprzeć się, wstać i wrócić do środka.
Raz. Kaszlnął tak mocno, że aż zgięło go wpół.
Dwa. Przed oczami zatańczyły mu czarne plamy.
Trzy. Nie wstał.
— Asena! — wychrypiał w stronę wejścia.
Głos nie poniósł się daleko. Właściwie nie był nawet pewien, czy sam go usłyszał ponad trzaskiem ognia, krzykami ludzi i hukiem kolejnych fragmentów kamienicy poddających się płomieniom. Drzwi, przez które próbował wejść, wyglądały teraz jak gardło jakiegoś potwora. Czarne, rozgrzane, dymiące. Co kilka chwil buchał z niego gęsty dym, tak ciemny, że nie dało się dostrzec niczego choćby krok za progiem. Nie widział Aseny. Nie widział Suttona. Nie widział nawet korytarza. Tylko ogień i dym. I to było najgorsze. Gdyby ją zobaczył, mógłby przynajmniej kłamać przed sobą, że ma jakikolwiek wpływ na sytuację. Że jeśli wyciągnie rękę, jeśli krzyknie, jeśli przeczołga się jeszcze metr bliżej, coś zmieni. Ale nie widział nic. Był na zewnątrz, rzucony na bruk jak uszkodzona rzecz, która zawiodła dokładnie wtedy, kiedy nie powinna. Spróbował podnieść się jeszcze raz. Dłoń, łokieć, napięcie mięśni. Ból eksplodował mu pod łopatkami z taką siłą, że na moment zabrakło mu nawet przekleństw. Opadł ciężko z powrotem, uderzając barkiem o ziemię. Z ust wyrwał mu się niski, zduszony dźwięk. Nie krzyk. Coś gorszego. Coś, czego nienawidził natychmiast, ledwie opuściło jego gardło. Ktoś przebiegł obok. Potem kolejna osoba. Cienie poruszały się na granicy jego widzenia, rozmazane przez łzy wywołane dymem. Lukas wyciągnął rękę i złapał pierwszą szatę, jaka znalazła się dostatecznie blisko. Palce zacisnęły się na materiale z większą siłą, niż się spodziewał.
— Tam ktoś jest — wydusił. — W środku. Kobieta. I mężczyzna. Poszli głębiej.
Człowiek, którego zatrzymał, spojrzał na niego ze strachem. Miał twarz umazaną sadzą i szeroko otwarte oczy kogoś, kto od dawna nie wiedział już, gdzie kończy się odwaga, a zaczyna zwykła głupota.
— Nie da się tam wejść! — rzucił nieznajomy.
Lukas szarpnął go za ubranie, ale sam ruch natychmiast ukarał go kolejną falą bólu.
— To znajdź kogoś, kto może! — warknął, choć zabrzmiało to bardziej jak charknięcie. — Strażaka, aurora, kogokolwiek!
Mężczyzna wyrwał mu się i pobiegł. Może po pomoc. Może po prostu dalej od ognia. Lukas nie miał siły tego sprawdzać. Został tam, na bruku, z twarzą zwróconą ku płonącemu wejściu i z dłonią wciąż zaciśniętą w pięść. Czas przestał zachowywać się normalnie. Sekundy rozciągały się nieznośnie. Każdy trzask drewna brzmiał jak zawalenie się całego świata. Każdy podmuch dymu kazał mu myśleć, że to już koniec, że za chwilę budynek zamknie się nad tymi, którzy zostali w środku, a on będzie mógł tylko patrzeć na drzwi, przez które nie dał rady przejść. Czas przestał zachowywać się normalnie. Sekundy rozciągały się nieznośnie. Każdy trzask drewna brzmiał jak zawalenie się całego świata. Każdy podmuch dymu kazał mu myśleć, że to już koniec, że za chwilę budynek zamknie się nad tymi, którzy zostali w środku, a on będzie mógł tylko patrzeć na drzwi, przez które nie dał rady przejść. To bolało bardziej niż plecy. Nie sama porażka. Bolało to, że jego ciało podjęło decyzję za niego. Że nie zostawiło mu nawet wyboru, czy być rozsądnym, czy głupim. Po prostu odmówiło. Runęło pod deską, cofnęło się, upadło i teraz leżało w popiele, podczas gdy ktoś inny robił to, czego on nie potrafił. Zacisnął szczękę tak mocno, że zabolały go zęby. Zamiast odpowiedzi pojawiły się kolejne kroki. Tym razem nie pojedyncze, chaotyczne, uciekające przed ogniem, ale kilka osób naraz. Lukas zobaczył ich najpierw jako rozmazane sylwetki na tle dymu. Ktoś pochylił się nad nim, ktoś inny zaklął pod nosem, a trzecia osoba od razu powiedziała coś o obrażeniach i pomocy medycznej w Norze.
— Nie — wykrztusił Lukas odruchowo, próbując unieść głowę. — Tam są…
— Wiemy — przerwał mu ktoś stanowczo. — Ale ty też zaraz tu zostaniesz, jeśli się nie zamkniesz i nie pozwolisz nam cię zabrać.
Chciał zaprotestować. Naprawdę chciał. Miał już nawet gotowe przekleństwo na końcu języka, ale kiedy dwie pary rąk wsunęły się pod jego ramiona i spróbowały podnieść go z bruku, ból odebrał mu wszystkie słowa naraz. Plecy zapiekły ogniem ostrzejszym niż ten, który trzaskał za nimi w kamienicy. Żebra zacisnęły się wokół oddechu, brzuch skurczył gwałtownie, a świat znów zadrżał niebezpiecznie na krawędziach. Z gardła wyrwał mu się zduszony syk.
— Ostrożnie z nim — rzucił ktoś. — Do Nory. Tam mają medyków.
Lukas nie był pewien, czy jeszcze próbował się wyrywać, czy tylko jego ciało drżało samo z bólu i wściekłości. Cudze ręce trzymały go mocno, zbyt mocno, choć pewnie inaczej osunąłby się z powrotem na ziemię. Ostatni raz próbował obrócić głowę w stronę płonącego wejścia, ale zobaczył tylko dym. Gęsty, czarny, nieprzenikniony. Jeśli Asena wychodziła, nie zobaczył tego. Jeśli Sutton przeżył, nie zobaczył tego. Widział tylko ogień i czuł, jak niosą go coraz dalej, w akompaniamencie bólu, cudzych głosów i własnego bezsilnego oddechu. Do Nory.
Raz. Kaszlnął tak mocno, że aż zgięło go wpół.
Dwa. Przed oczami zatańczyły mu czarne plamy.
Trzy. Nie wstał.
— Asena! — wychrypiał w stronę wejścia.
Głos nie poniósł się daleko. Właściwie nie był nawet pewien, czy sam go usłyszał ponad trzaskiem ognia, krzykami ludzi i hukiem kolejnych fragmentów kamienicy poddających się płomieniom. Drzwi, przez które próbował wejść, wyglądały teraz jak gardło jakiegoś potwora. Czarne, rozgrzane, dymiące. Co kilka chwil buchał z niego gęsty dym, tak ciemny, że nie dało się dostrzec niczego choćby krok za progiem. Nie widział Aseny. Nie widział Suttona. Nie widział nawet korytarza. Tylko ogień i dym. I to było najgorsze. Gdyby ją zobaczył, mógłby przynajmniej kłamać przed sobą, że ma jakikolwiek wpływ na sytuację. Że jeśli wyciągnie rękę, jeśli krzyknie, jeśli przeczołga się jeszcze metr bliżej, coś zmieni. Ale nie widział nic. Był na zewnątrz, rzucony na bruk jak uszkodzona rzecz, która zawiodła dokładnie wtedy, kiedy nie powinna. Spróbował podnieść się jeszcze raz. Dłoń, łokieć, napięcie mięśni. Ból eksplodował mu pod łopatkami z taką siłą, że na moment zabrakło mu nawet przekleństw. Opadł ciężko z powrotem, uderzając barkiem o ziemię. Z ust wyrwał mu się niski, zduszony dźwięk. Nie krzyk. Coś gorszego. Coś, czego nienawidził natychmiast, ledwie opuściło jego gardło. Ktoś przebiegł obok. Potem kolejna osoba. Cienie poruszały się na granicy jego widzenia, rozmazane przez łzy wywołane dymem. Lukas wyciągnął rękę i złapał pierwszą szatę, jaka znalazła się dostatecznie blisko. Palce zacisnęły się na materiale z większą siłą, niż się spodziewał.
— Tam ktoś jest — wydusił. — W środku. Kobieta. I mężczyzna. Poszli głębiej.
Człowiek, którego zatrzymał, spojrzał na niego ze strachem. Miał twarz umazaną sadzą i szeroko otwarte oczy kogoś, kto od dawna nie wiedział już, gdzie kończy się odwaga, a zaczyna zwykła głupota.
— Nie da się tam wejść! — rzucił nieznajomy.
Lukas szarpnął go za ubranie, ale sam ruch natychmiast ukarał go kolejną falą bólu.
— To znajdź kogoś, kto może! — warknął, choć zabrzmiało to bardziej jak charknięcie. — Strażaka, aurora, kogokolwiek!
Mężczyzna wyrwał mu się i pobiegł. Może po pomoc. Może po prostu dalej od ognia. Lukas nie miał siły tego sprawdzać. Został tam, na bruku, z twarzą zwróconą ku płonącemu wejściu i z dłonią wciąż zaciśniętą w pięść. Czas przestał zachowywać się normalnie. Sekundy rozciągały się nieznośnie. Każdy trzask drewna brzmiał jak zawalenie się całego świata. Każdy podmuch dymu kazał mu myśleć, że to już koniec, że za chwilę budynek zamknie się nad tymi, którzy zostali w środku, a on będzie mógł tylko patrzeć na drzwi, przez które nie dał rady przejść. Czas przestał zachowywać się normalnie. Sekundy rozciągały się nieznośnie. Każdy trzask drewna brzmiał jak zawalenie się całego świata. Każdy podmuch dymu kazał mu myśleć, że to już koniec, że za chwilę budynek zamknie się nad tymi, którzy zostali w środku, a on będzie mógł tylko patrzeć na drzwi, przez które nie dał rady przejść. To bolało bardziej niż plecy. Nie sama porażka. Bolało to, że jego ciało podjęło decyzję za niego. Że nie zostawiło mu nawet wyboru, czy być rozsądnym, czy głupim. Po prostu odmówiło. Runęło pod deską, cofnęło się, upadło i teraz leżało w popiele, podczas gdy ktoś inny robił to, czego on nie potrafił. Zacisnął szczękę tak mocno, że zabolały go zęby. Zamiast odpowiedzi pojawiły się kolejne kroki. Tym razem nie pojedyncze, chaotyczne, uciekające przed ogniem, ale kilka osób naraz. Lukas zobaczył ich najpierw jako rozmazane sylwetki na tle dymu. Ktoś pochylił się nad nim, ktoś inny zaklął pod nosem, a trzecia osoba od razu powiedziała coś o obrażeniach i pomocy medycznej w Norze.
— Nie — wykrztusił Lukas odruchowo, próbując unieść głowę. — Tam są…
— Wiemy — przerwał mu ktoś stanowczo. — Ale ty też zaraz tu zostaniesz, jeśli się nie zamkniesz i nie pozwolisz nam cię zabrać.
Chciał zaprotestować. Naprawdę chciał. Miał już nawet gotowe przekleństwo na końcu języka, ale kiedy dwie pary rąk wsunęły się pod jego ramiona i spróbowały podnieść go z bruku, ból odebrał mu wszystkie słowa naraz. Plecy zapiekły ogniem ostrzejszym niż ten, który trzaskał za nimi w kamienicy. Żebra zacisnęły się wokół oddechu, brzuch skurczył gwałtownie, a świat znów zadrżał niebezpiecznie na krawędziach. Z gardła wyrwał mu się zduszony syk.
— Ostrożnie z nim — rzucił ktoś. — Do Nory. Tam mają medyków.
Lukas nie był pewien, czy jeszcze próbował się wyrywać, czy tylko jego ciało drżało samo z bólu i wściekłości. Cudze ręce trzymały go mocno, zbyt mocno, choć pewnie inaczej osunąłby się z powrotem na ziemię. Ostatni raz próbował obrócić głowę w stronę płonącego wejścia, ale zobaczył tylko dym. Gęsty, czarny, nieprzenikniony. Jeśli Asena wychodziła, nie zobaczył tego. Jeśli Sutton przeżył, nie zobaczył tego. Widział tylko ogień i czuł, jak niosą go coraz dalej, w akompaniamencie bólu, cudzych głosów i własnego bezsilnego oddechu. Do Nory.
Postać opuszcza sesję