10.06.2026, 15:38 ✶
Rzadko zdarzało mu się sprawdzać, czy podczas jego przyjazdu do Londynu miało dziać się coś godnego uwagi. Na takie wydarzenia zapraszano go zwykle z góry, a inne zwykle i tak nie ujmowały go bardziej niż widok słońca zachodzącego za górami zdobiącymi widok z okna jego posiadłości. Po cóż miał się więc czymś szczególnie kłopotać? To nie była – jeszcze – wojna. Pochód wzburzonych ludzi wykrzykujących przeróżne hasła i dzielących się opiniami, które zahaczały w jego głowie o kompletne bzdury, wywołały więc w Seisyllu uczucie głębokiej konsternacji.
Czy Londyn zawsze tak wyglądał?
Zadałby to iście absurdalne pytanie, gdyby Helloise nie zniknęła mu z pola widzenia, a jedynym towarzyszem rozmowy nie ostał się Vergil. Smoczognik wypoczywał zawinięty w tkaninę kaptura, z łbem wyłożonym na jego ramieniu. Obserwował zbiorowisko mające wkrótce przeobrazić się w zamieszki i bardzo niechętnie podchodził do myśli, że miałby się pomiędzy tymi ludźmi znaleźć. Seisyll jego opinię podzielał – rozglądał się przez szklaną witrynę, próbując znaleźć ścieżkę, która pozwoliłaby mu ten cały „marsz” obejść i dostać się do przejścia na Nokturn. Z żalem zdał sobie sprawę z tego, że nie był aż takim znawcą topografii miasta, aby podejmować tego typu decyzje bez cienia ryzyka, jakim było zgubienie się w ciasnych, duszących alejkach. Pomyślał więc: najrozsądniej będzie poczekać na Helloise, chociaż tłum napierał mocniej, a jej powrót musiał wiązać się nie z przejściem, lecz przedarciem przez zbitą masę skandujących losowe hasła czarodziejów.
– Noo, teraz to niech pan Rowle nie wychodzi…
Ekspedientka z niewiele mówiącą miną odwróciła tabliczkę z napisem „otwarte” na drugą stronę dokładnie w tym momencie, kiedy rosły mężczyzna uderzył plecami o szybę omal jej nie wybijając.
– Choćbym chciał, to nie wróżę sobie szczególnego sukcesu w próbie poruszania się w tym tempie – przyznał, unosząc w górę zdobioną laskę, bez której nie wychodził z domu odkąd stał się kaleką. – Ale moja siostra zniknęła na chwilę, więc się tak wpatruję w ten rój i próbuję ją dostrzec, chociaż pewnie nie powinienem stać tak blisko okna?
Nawiązywał, rzecz jasna, do protestującego, na widok którego Danielle odskoczyła przerażona, jeszcze zanim w pełni zetknął się ze szkłem. Nieszczęśnik omal oprócz guza nie nabił sobie sporego rachunku za remont tegoż miejsca.
Widząc Helloise, otworzył jej drzwi sam.
W środku narastający harmider tracił na tym, jaki był przerażający – cichy, bo wygłuszony przez zaklęte ściany, atakował umysł głównie tym, jak wyglądał. Duszno.
– Idą za blisko siebie – stwierdził prosto, po czym zrobił krok do tyłu. – Coś się musiało stać, więc lepiej będzie poczekać chwilę, żebyśmy się nie rozszczepili. Wszystko w porządku?
Lokal usługowy, w którym robił zakupy był maleńkim sklepikiem oferującym bardzo wąską ofertę materiałów i półproduktów niezbędnych do produkcji obuwia. Niewiele tu było miejsca dla ich trójki, na szczęście starsza kobiecina zdążyła zniknąć na zapleczu, najwyraźniej niezbyt tym wszystkim przejęta.
Czy Londyn zawsze tak wyglądał?
Zadałby to iście absurdalne pytanie, gdyby Helloise nie zniknęła mu z pola widzenia, a jedynym towarzyszem rozmowy nie ostał się Vergil. Smoczognik wypoczywał zawinięty w tkaninę kaptura, z łbem wyłożonym na jego ramieniu. Obserwował zbiorowisko mające wkrótce przeobrazić się w zamieszki i bardzo niechętnie podchodził do myśli, że miałby się pomiędzy tymi ludźmi znaleźć. Seisyll jego opinię podzielał – rozglądał się przez szklaną witrynę, próbując znaleźć ścieżkę, która pozwoliłaby mu ten cały „marsz” obejść i dostać się do przejścia na Nokturn. Z żalem zdał sobie sprawę z tego, że nie był aż takim znawcą topografii miasta, aby podejmować tego typu decyzje bez cienia ryzyka, jakim było zgubienie się w ciasnych, duszących alejkach. Pomyślał więc: najrozsądniej będzie poczekać na Helloise, chociaż tłum napierał mocniej, a jej powrót musiał wiązać się nie z przejściem, lecz przedarciem przez zbitą masę skandujących losowe hasła czarodziejów.
– Noo, teraz to niech pan Rowle nie wychodzi…
Ekspedientka z niewiele mówiącą miną odwróciła tabliczkę z napisem „otwarte” na drugą stronę dokładnie w tym momencie, kiedy rosły mężczyzna uderzył plecami o szybę omal jej nie wybijając.
– Choćbym chciał, to nie wróżę sobie szczególnego sukcesu w próbie poruszania się w tym tempie – przyznał, unosząc w górę zdobioną laskę, bez której nie wychodził z domu odkąd stał się kaleką. – Ale moja siostra zniknęła na chwilę, więc się tak wpatruję w ten rój i próbuję ją dostrzec, chociaż pewnie nie powinienem stać tak blisko okna?
Nawiązywał, rzecz jasna, do protestującego, na widok którego Danielle odskoczyła przerażona, jeszcze zanim w pełni zetknął się ze szkłem. Nieszczęśnik omal oprócz guza nie nabił sobie sporego rachunku za remont tegoż miejsca.
Widząc Helloise, otworzył jej drzwi sam.
W środku narastający harmider tracił na tym, jaki był przerażający – cichy, bo wygłuszony przez zaklęte ściany, atakował umysł głównie tym, jak wyglądał. Duszno.
– Idą za blisko siebie – stwierdził prosto, po czym zrobił krok do tyłu. – Coś się musiało stać, więc lepiej będzie poczekać chwilę, żebyśmy się nie rozszczepili. Wszystko w porządku?
Lokal usługowy, w którym robił zakupy był maleńkim sklepikiem oferującym bardzo wąską ofertę materiałów i półproduktów niezbędnych do produkcji obuwia. Niewiele tu było miejsca dla ich trójki, na szczęście starsza kobiecina zdążyła zniknąć na zapleczu, najwyraźniej niezbyt tym wszystkim przejęta.
walijski #5e7f63
Salazar #7f4242
Salazar #7f4242