10.06.2026, 19:57 ✶
– Dora – powtórzył za nią, choć przecież już kiedyś słyszał to imię. Powtórzył wolniej, patrząc się na nią, zapamiętując jej rysy, bez świadomości, że nie do końca to były jej rysy… nie miał to znaczenia. Co miało znaczenie, to jej kolejne słowa.
Zdziwił się.
Dlaczego miałby nie?
Oczywiście, byli ludzie, którzy się o niego martwili. Bee wiodła wśród nich chyba prym, ale i Nikolai z wujem, Helloise, nawet Thomas i dziadkowie Mabel… Była teraz i w tym niewielkim gronie najwidoczniej Dora, dziewczyna, której zniszczył ogródek, na szczęście nie uszkadzając jej w żadnym stopniu.
Nie wiedział co powiedzieć, więc nic nie mówił. Chociaż…
– Lubię… lubię ciasteczka. Nawet te z paździerzem. – bardzo lubił słodycze, najbardziej lubił pączki i te śmieszne cukierki po których się latało. Miał do nich wielki sentyment. Ale ciasteczka z paździerzem też mogły być. - I truskawki. – wygrzebał z koszyczka czerwone owoce i od razu jeden, razem z szypułką, włożył sobie do ust, zachwycając się słodkością czerwonego soku. Magiczny sezon na truskawki był szczęśliwie dłuższy niż mugolski. Zaraz potem zmiarkował się, że Dora nadal tu stoi i nadal się na niego patrzy, i stoi i… wziął więc drugą z najładniejszych truskawek (tak mu się wydawała, że tej duże dobrze z oczu patrzy i nie jest jeszcze przegnita) i podstawił Dorze tuż pod nos, jakby chciał ją nakarmić. To znaczy nie jakby. Realnie chciał jej wsunąć owoc w usta.
Zdziwił się.
Dlaczego miałby nie?
Oczywiście, byli ludzie, którzy się o niego martwili. Bee wiodła wśród nich chyba prym, ale i Nikolai z wujem, Helloise, nawet Thomas i dziadkowie Mabel… Była teraz i w tym niewielkim gronie najwidoczniej Dora, dziewczyna, której zniszczył ogródek, na szczęście nie uszkadzając jej w żadnym stopniu.
Nie wiedział co powiedzieć, więc nic nie mówił. Chociaż…
– Lubię… lubię ciasteczka. Nawet te z paździerzem. – bardzo lubił słodycze, najbardziej lubił pączki i te śmieszne cukierki po których się latało. Miał do nich wielki sentyment. Ale ciasteczka z paździerzem też mogły być. - I truskawki. – wygrzebał z koszyczka czerwone owoce i od razu jeden, razem z szypułką, włożył sobie do ust, zachwycając się słodkością czerwonego soku. Magiczny sezon na truskawki był szczęśliwie dłuższy niż mugolski. Zaraz potem zmiarkował się, że Dora nadal tu stoi i nadal się na niego patrzy, i stoi i… wziął więc drugą z najładniejszych truskawek (tak mu się wydawała, że tej duże dobrze z oczu patrzy i nie jest jeszcze przegnita) i podstawił Dorze tuż pod nos, jakby chciał ją nakarmić. To znaczy nie jakby. Realnie chciał jej wsunąć owoc w usta.