12.06.2026, 11:39 ✶
Gdzie twoje rodzeństwo, Odysie?
Jak na zawołanie losu, w ciemnym przejściu do Fawleyowej jadalni zamrugało blade światło. Magiczne lampy mauzoleum często były uruchamiane i gaszone przez mroczną, duchową obecność, jaka tu panowała. Duchy błąkały się po mauzoleum, chuchały na kark osobom spoza rodziny. Wszystko po to, by odstraszyć niepożądanych gości. Mrugające światła nikogo więc nie dziwiły, a jednak czasem odsłaniały sekrety. Oświetlały paskudztwo, które czaiło się pośród mroków. Bowiem w miejscu tak przesiąkniętym czarną magią, duchy były najmniejszym problemem.
W bladym świetle ukazała się ciemna sylwetka. Mężczyzna wysoki, szczupły, o twarzy, która najprawdopodobniej nie widziała słońca. Jego bure oczy sprawiały wrażenie martwych. Czarna szata pogrzebowa, która niemal dotykała podłogi, podkreślała szczupłą sylwetkę jegomościa. A w rękach miał on pudełko. Jedno z tych tajemniczych, takie, do których zajrzenie przynosiło ludziom zgubę.
– Othello! No nareszcie – William Fawley klasnął w dłonie. – Już myślałem, że zgubiłeś się gdzieś na tym swoim cmentarzysku.
Blady człowiek wszedł do jadalni. Położył pudełko na stole.
– To paszteciki mięsne. Wiem, że Odile za nimi przepada – powiedział suchym, pozbawionym emocji tonem. Zajął miejsce nie siadając, a stając za jednym ze zdobionych krzeseł. – Wszystkiego najlepszego, Odysie. Spóźnione o dzień. Wybacz mi ten nietakt.
Długie palce zacisnęły się na oparciu krzesła. Widać było wyraźnie, że Othello wciąż przeżywał wewnętrzne katusze. Gorsze niż zazwyczaj.
– Byłem u mojej matki. Bardzo się uskarżała, że jej nie zaprosiłeś – przekazał ojcu chłodno, choć gdzieś tam wnikliwe ucho mogło wyczuć lekkie załamanie. – Nie zapraszałem jednak jej w waszym imieniu, bowiem jej obecność mogłaby być… – Nieznośna. – Dosyć niezręczna.
Jak na zawołanie losu, w ciemnym przejściu do Fawleyowej jadalni zamrugało blade światło. Magiczne lampy mauzoleum często były uruchamiane i gaszone przez mroczną, duchową obecność, jaka tu panowała. Duchy błąkały się po mauzoleum, chuchały na kark osobom spoza rodziny. Wszystko po to, by odstraszyć niepożądanych gości. Mrugające światła nikogo więc nie dziwiły, a jednak czasem odsłaniały sekrety. Oświetlały paskudztwo, które czaiło się pośród mroków. Bowiem w miejscu tak przesiąkniętym czarną magią, duchy były najmniejszym problemem.
W bladym świetle ukazała się ciemna sylwetka. Mężczyzna wysoki, szczupły, o twarzy, która najprawdopodobniej nie widziała słońca. Jego bure oczy sprawiały wrażenie martwych. Czarna szata pogrzebowa, która niemal dotykała podłogi, podkreślała szczupłą sylwetkę jegomościa. A w rękach miał on pudełko. Jedno z tych tajemniczych, takie, do których zajrzenie przynosiło ludziom zgubę.
– Othello! No nareszcie – William Fawley klasnął w dłonie. – Już myślałem, że zgubiłeś się gdzieś na tym swoim cmentarzysku.
Blady człowiek wszedł do jadalni. Położył pudełko na stole.
– To paszteciki mięsne. Wiem, że Odile za nimi przepada – powiedział suchym, pozbawionym emocji tonem. Zajął miejsce nie siadając, a stając za jednym ze zdobionych krzeseł. – Wszystkiego najlepszego, Odysie. Spóźnione o dzień. Wybacz mi ten nietakt.
Długie palce zacisnęły się na oparciu krzesła. Widać było wyraźnie, że Othello wciąż przeżywał wewnętrzne katusze. Gorsze niż zazwyczaj.
– Byłem u mojej matki. Bardzo się uskarżała, że jej nie zaprosiłeś – przekazał ojcu chłodno, choć gdzieś tam wnikliwe ucho mogło wyczuć lekkie załamanie. – Nie zapraszałem jednak jej w waszym imieniu, bowiem jej obecność mogłaby być… – Nieznośna. – Dosyć niezręczna.
Książę ciemności
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.