Patrzył, wodząc spojrzeniem po przylepionym do bruku Nottcie, zastanawiając się czy w ogóle był w stanie podnieść się na nogi. Dostał w głowę i teraz czerwień odcinała się pięknie na brudnym, ale wciąż jasnym śniegu. Atreus zauważył to z jakimś opóźnieniem, jakby zmysły nie do końca chciały zaakceptować fakt, że było aż tak źle. Na tyle, że nie powinien nawet się go pytać czy powinien wstać, tylko zabrać go do szpitala.
Było coś w tym obrazie strasznego, co na moment chwyciło go za żołądek – to była tylko bójka. Ale bójka z ludźmi, których miało być coraz więcej, a którzy dodatkowo stawali się tylko śmielsi w swoich poglądach. Ba, już od jakiegoś czasu musiał zmagać się z podobnymi idiotyzmami, kiedy nosił mundur. Ten obligował go do tego by działać i reagować, a nie zasłaniać się typowym dla niego stwierdzeniem, że była to robota dla brygadzistów. Wciąż była, ale ci nie mogli być wszędzie, albo dostatecznie szybko. Tylko czy naprawdę musiał patrzeć jak jego przyjaciel krwawi na bruku, żeby dotarło do niego że wcale nie będzie lepiej i wsuwali się po równi pochyłej w stronę coraz większych brutalności niesprawiedliwości?
— Nie ruszaj się, teleportuję nas do Munga — przykląkł koło niego, sprawdzając jeszcze czy ma różdżkę. Ta na szczęście była na miejscu, i żaden z napastników nie postanowił być na tyle sprytny lub zdesperowany, by mu ją zabrać. Magia zadziałała, szybko i sprawnie, z charakterystycznym mlaśnięciem zabierając ich oboje do uzdrowicieli, żeby ci mogli zająć się Lukasem.