— Nie zaprzeczam naszym źródłom. Po prostu magia potrafi płatać figle lub zawieźć w najmniej spodziewanym momencie — odparował na komentarz siostry. Skinął głową na ustalenia w kwestii dodatkowego sygnału alarmowego.
Uścisnął mocno na powitanie dłoń Alastora, unosząc kąciki ust w lekkim uśmiechu. Chociaż zabrakło go na poprzednim zebraniu, tak cieszył się, że udało mu się do nich dotrzeć. Może to i dobrze, że nie był świadkiem tej sprzeczki między Rookwoodem, a brygadzistami? Bądź co bądź, Moody pracował teraz z Biurem Aurorów, a więc i z Chesterem widywał się na co dzień. Przynajmniej nie został postawiony w sytuacji, gdzie musiałby wybierać między wsparciem kolegi po fachu a poparciem pracowników Brygady Uderzeniowej.
Była też ta druga, istotna sprawa... Otaksował nieśmiałym wzrokiem twarz kolegi. Przez moment przeszło mu przez myśl, czy Nora już z nim rozmawiała, jednak szybko zdał sobie sprawę, że było to mało prawdopodobne. Chociaż w ostatnie dni były nadzwyczaj intensywne pod względem wydarzeń, tak minęły ledwie dwa dni, odkąd rozmawiał z Figg w klubokawiarni. Raczej potrzebowała więcej czasu, aby przejść do porządku dziennego z tym, co musiała zrobić. Cóż, oby miała szansę jeszcze się spotkać z Moodym w normalnych warunkach.
— Okej, rozumiem. Ufam twojej ekspertyzie — stwierdził odnośnie do wytrzymałości magicznych efektów świeczki. Sam raczej rzadko kiedy sięgał po rytuały, chyba że został wciągnięty w takowy jako asystent, chociażby przez Brennę, gdy ta potrzebowała pomocy przy rozstawieniu i podpaleniu świec, czy innych akcesoriów przydatnych przy swoich „seansach”. — Nawet mnie nieco uspokoiłeś.
Chwila zadumy pośród członków Zakonu Feniksa udzieliła się także Erikowi. Nie przesadziłby, gdyby stwierdził, że praktycznie wszyscy tutaj byli dla niego jak rodzina. Dalszą lub bliższą, ale jednak rodziną. Ba, z większością tych ludzi dzielił jedno lokum. A nawet ci, którym bliżej było do miana gości niż współlokatorów, śmiało nazwałby przyjaciółmi. Patrick i Alastor. Niby oboje byli aurorami, a jednak znacznie się od siebie różnili. A jednak obecnie przyświecał im ten sam cel, podobnie jak zebranym tu brygadzistom.
— Dotrwamy do rana — dorzucił po słowach Patricka, rozglądając się po reszcie zebranych. — Będziemy uważać na siebie nawzajem i zrobimy co w naszej mocy, żeby wypełnić zadanie.
Na jakże elokwentne zakończenie zebrania w wykonaniu Brenny zareagował głośnym parsknięciem, po czym zasłonił sobie usta dłonią, chcąc ukryć zdecydowanie zbyt szeroki uśmiech, który przywołała na jego twarz. Och, co jak co, ale jego siostra umiała zmotywować ludzi do działania. A co mogło być lepszego od możliwości dania tak zwanego prztyczka w nos przywódcy czarnoksiężników? No chyba nic.
— Tak, dokładnie, jak powiedziała Bren. Odeślijmy go dziury, z której wypełzł — mruknął, kręcąc głową, dalej rozbawiony słowami siostry, po czym sam usunął się z terenu spotkania, dając prywatność tym, którzy potrzebowali jeszcze chwili na rozmowę w cztery oczy.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞