— Nie, wszystko dobrze, dzięki. Chyba, że pytasz tak ogólnie, to podobno wypadłem z łóżeczka jak byłem mały. — zażartował, chociaż to było podobne. Żona Johnego, jedyny medyk munga, którego akceptował, mówiła, że rodzice dzielą się na tych, którym dziecko wypadło i tych, którzy się nie przyznają. Jego matka była zaskakująco normalna i postanowiła udać się na Zielone Pastwiska dopiero po długiej rozmowie z nim, gdy jego mózg był dostatecznie rozwinięty, aby zrozumieć, dlaczego tak postąpiła. Pewnie dlatego nie nosił po niej żałoby, wiedział, że wybrała najlepiej dla nich wszystkich. Agatha, the woman you were. Jeśli wypadł z łóżeczka, to nie z jej winy.
Podążył za jej palcem wzrokiem, ku plamie ciemności, która wyglądała jak drzewo. Przekrzywił głowę. Powinien się niedługo ewakuować, bo ta szarada mogła mu przynieść tylko problemy. Przecież nie było żadnej Silvany. Chyba. Pewnie jakaś kiedyś była, ale raczej na pewno nie tutaj. Przydałby się Edge, który by zmienił napis na nagrobku bez ruszania różdżką!
— Eee, a brzozy nie są białe? — zapytał, otrzepując się jeszcze z jakichś listków i paprochów, bo wydawało mu się, że dziewczyny jakoś bardziej przykładają do tego wagę niż faceci.