Mężczyzn pokręcił głową. Ciężkie to pytanie było co wolał. Z jakiegoś powodu wszyscy mu je zadawali, a on nie miał pojęcia czy wolał jakiekolwiek. Najbardziej to by chyba chciał, żeby to pierwsze jakie mu nadano miało jakiś sens, żeby coś z niego miał, chociaż jedno dobre wspomnienie.
– Crow to imię, które nadałem sobie sam – przyznał, nie tracąc smętnej miny. – Ale tak szczerze, to po prostu nie chcę, żeby wszyscy wiedzieli, że każda z tych osób to ja. Nie.. ja… kłopoty ci przyniosę przecież. – Wszystkim je przyniesie. Tam gdzie się pojawiał, wszystko obracało się w ruinę. Miejsca, z których znikał, zyskiwały nagle na kolorach. Życie było lepsze bez niego, a już na pewno bez trzech wersji niego.
Faktycznie usiadł obok i faktycznie te stworzenia były paskudne, ale nie przeszkadzało mu to wcale. Generalnie mało co go obrzydzało, a dbanie o takie brzydactwo wydawało mu się dobrze świadczyć o człowieku. Na pewno stawiało go to w lepszej pozycji od tych, którzy topili małe kotki w wiadrze, a później wyrzucali ich zwłoki do śmietnika. Jak się na tym skupił, to do niego dotarło, że znajdował je tam przerażająco często.
Siedział na tym krześle krzywo, z głową spuszczoną w dół. Smutna twarz zniknęła pod kaskadą czarnych loków, ale to wciąż był ten zestresowany on – pocierał ręką o szyję, nerwowo stukał butem o podłogę. Chyba nic mu już tak realnie nie mogło pomóc na to jaki był. Sam zakładał, że to od ćpania, ale uzdrowicielem nie był, a… Nawet jak Laurent przyprowadził jednego do domu, to mu się nie mógł tak po prostu do wszystkiego przyznać. No bo kto to kurwa był Basilius Prewett? Nie potrafił tak po prostu komuś zaufać tylko dlatego, że był kuzynem jego chłopaka. Takie rzeczy jak pokrewieństwo nic nie znaczyły.
– No. – Skłamał. Wcale nie uważał ich za sympatycznych. Miał ich w dupie. Nie potrafił wczuć się w tą całą Rejwachową Rodzinę. – Zenek mi mówił, że dobrze się tu czuje. – Tak naprawdę to chyba było coś innego, ale podobnie brzmiało. Więc to nie było tak do końca kłamstwo, tylko jakaś jego pokraczna interpretacja rzeczywistości, co nie?
A później zamilkł. Minęło absurdalnie dużo czasu, zanim odważył się uszczknąć cokolwiek.
– Chyba dobrze – skłamał znów. Wcale nie było dobrze. – Mieszkam z… Lukrecją… – powiedział ciszej. A dopiero co mówił, że mieszka w cyrku. – Z prostytutką z Rose Noire. – Nie wiedział, czy Tarp kojarzył kto to jest. Na pewno wiedział kim jest Dante, ale czy wiedział kim była Lukrecja? I czy wiedział, że Lukrecja i Laurent Prewett to ta sama osoba? Dlaczego w ogóle nazwał go Lukrecją? Nie potrafił dojść do porozumienia z samym sobą. Miał wrażenie, że gdyby go nazwał Laurentem, to ich relacja zrobiłaby się za bardzo czytelna, ale czemu w ogóle się przed tym wzbraniał już samo w sobie było ciekawą rzeczą. Przecież Tarp musiał wiedzieć skąd Crow przez całe życie brał pieniądze. Mógł teraz udawać i prosić Laurenta o jakieś zadania, ale to przecież sprowadzało się do tego samego. Spali ze sobą i spędzali czas, a jak chciał coś dostać, to to dostawał. Wystarczyło powiedzieć proszę. Nie po to tu jednak przyszedł, żeby nad tym rozważać. – Tarp – rzucił nagle, podnosząc wreszcie spojrzenie na jego oczy. – A pamiętasz Raziela? Tego typa co miał być tajniakiem, ale tak naprawdę to wszyscy z oczami wiedzieli, że jest bagietą? – Cain Bletchley był w istocie personą na Nokturnie znaną pod dziwacznym pseudonimem, Crow założył więc, iż pod nim właśnie Tarp będzie go znał. Nie miał pojęcia jak bardzo skusiłby, gdyby ktoś miał podejrzewać go o złe intencje. Bo to przecież był członek Zakonu Feniksa od dnia zero. Tragicznie zmarły. A znanemu zbirowi nagle tak rozbłysły oczy jak o nim mówił…
– Wiesz co z nim?
– Crow to imię, które nadałem sobie sam – przyznał, nie tracąc smętnej miny. – Ale tak szczerze, to po prostu nie chcę, żeby wszyscy wiedzieli, że każda z tych osób to ja. Nie.. ja… kłopoty ci przyniosę przecież. – Wszystkim je przyniesie. Tam gdzie się pojawiał, wszystko obracało się w ruinę. Miejsca, z których znikał, zyskiwały nagle na kolorach. Życie było lepsze bez niego, a już na pewno bez trzech wersji niego.
Faktycznie usiadł obok i faktycznie te stworzenia były paskudne, ale nie przeszkadzało mu to wcale. Generalnie mało co go obrzydzało, a dbanie o takie brzydactwo wydawało mu się dobrze świadczyć o człowieku. Na pewno stawiało go to w lepszej pozycji od tych, którzy topili małe kotki w wiadrze, a później wyrzucali ich zwłoki do śmietnika. Jak się na tym skupił, to do niego dotarło, że znajdował je tam przerażająco często.
Siedział na tym krześle krzywo, z głową spuszczoną w dół. Smutna twarz zniknęła pod kaskadą czarnych loków, ale to wciąż był ten zestresowany on – pocierał ręką o szyję, nerwowo stukał butem o podłogę. Chyba nic mu już tak realnie nie mogło pomóc na to jaki był. Sam zakładał, że to od ćpania, ale uzdrowicielem nie był, a… Nawet jak Laurent przyprowadził jednego do domu, to mu się nie mógł tak po prostu do wszystkiego przyznać. No bo kto to kurwa był Basilius Prewett? Nie potrafił tak po prostu komuś zaufać tylko dlatego, że był kuzynem jego chłopaka. Takie rzeczy jak pokrewieństwo nic nie znaczyły.
– No. – Skłamał. Wcale nie uważał ich za sympatycznych. Miał ich w dupie. Nie potrafił wczuć się w tą całą Rejwachową Rodzinę. – Zenek mi mówił, że dobrze się tu czuje. – Tak naprawdę to chyba było coś innego, ale podobnie brzmiało. Więc to nie było tak do końca kłamstwo, tylko jakaś jego pokraczna interpretacja rzeczywistości, co nie?
A później zamilkł. Minęło absurdalnie dużo czasu, zanim odważył się uszczknąć cokolwiek.
– Chyba dobrze – skłamał znów. Wcale nie było dobrze. – Mieszkam z… Lukrecją… – powiedział ciszej. A dopiero co mówił, że mieszka w cyrku. – Z prostytutką z Rose Noire. – Nie wiedział, czy Tarp kojarzył kto to jest. Na pewno wiedział kim jest Dante, ale czy wiedział kim była Lukrecja? I czy wiedział, że Lukrecja i Laurent Prewett to ta sama osoba? Dlaczego w ogóle nazwał go Lukrecją? Nie potrafił dojść do porozumienia z samym sobą. Miał wrażenie, że gdyby go nazwał Laurentem, to ich relacja zrobiłaby się za bardzo czytelna, ale czemu w ogóle się przed tym wzbraniał już samo w sobie było ciekawą rzeczą. Przecież Tarp musiał wiedzieć skąd Crow przez całe życie brał pieniądze. Mógł teraz udawać i prosić Laurenta o jakieś zadania, ale to przecież sprowadzało się do tego samego. Spali ze sobą i spędzali czas, a jak chciał coś dostać, to to dostawał. Wystarczyło powiedzieć proszę. Nie po to tu jednak przyszedł, żeby nad tym rozważać. – Tarp – rzucił nagle, podnosząc wreszcie spojrzenie na jego oczy. – A pamiętasz Raziela? Tego typa co miał być tajniakiem, ale tak naprawdę to wszyscy z oczami wiedzieli, że jest bagietą? – Cain Bletchley był w istocie personą na Nokturnie znaną pod dziwacznym pseudonimem, Crow założył więc, iż pod nim właśnie Tarp będzie go znał. Nie miał pojęcia jak bardzo skusiłby, gdyby ktoś miał podejrzewać go o złe intencje. Bo to przecież był członek Zakonu Feniksa od dnia zero. Tragicznie zmarły. A znanemu zbirowi nagle tak rozbłysły oczy jak o nim mówił…
– Wiesz co z nim?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.