15.06.2026, 22:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.06.2026, 22:29 przez Septima Ollivander.)
Nie była pewna ile czasu minęło od momentu, w którym osunęła się na schody, do chwili gdy znalazła się już wewnątrz rozchełstanego od paniki i gwaru budynku. Samo przejście pomiędzy jednym a drugim urwało jej się z pamięci; została po nim tylko nieprzyjemna świadomość, że ktoś prowadził ją pod ramię. Mężczyzna miał dłonie mokre od potu. Przynajmniej miała nadzieję, że był to wyłącznie pot.
Dopiero kiedy dotarła do niej kakofonia szpitalnych hałasów — ciężkie kroki, nerwowo podniesione głosy, szczękanie metalu i szczególnie krewki pośpiechu, który nie pozostawiał miejsca na grzeczność — poczuła nieprzyjemny ucisk pod mostkiem.
Nie powinna tu być. Zajmowała miejsce komuś, kto naprawdę potrzebował opieki. Przecież ktoś miał pewnie mniej odłamków. Więcej krwi. Mniej oddechu.
Ale zanim zdążyła podjąć jakąkolwiek decyzję, stanęła przed nią ona.
— L-lorraine?
Wyszeptała pod nosem, na tyle cicho, że najprawdopodobniej nikt inny nie wyłapał tego co prześlizgnęło się pomiędzy rozedrganymi wargami. Lorraine nie była tak wysoka, Lorraine nie pracowała w szpitalu, acz widząc poświatę anielskiej, jasnej plamy, od razu pomyślała o pięknej Malfoyównie.
— Septima, Ollivander — wychrypiała uzdrowicielce i skinęła głową odruchowo, bo najwyraźniej nawet sytuacja kryzysowa nie była wystarczającym argumentem, żeby porzucić dobre maniery.
— Pękła szyba. Byłam wtedy w budynku. — odpowiedziała po chwili i zmarszczyła lekko brwi, próbując poskładać własne ciało i obrażenia w logiczną formułę — dostałam odłamkami i upadłam. Chyba… straciłam na chwilę przytomność. Może na kilka sekund.
Nie była pewna czy świadomość odcięła ją od urazu głowy czy od szoku wybuchu. Zależało jej na przedstawieniu wszystkich faktów rzeczowo i uważnie, tak aby uzdrowicielka sama wyłuskała słuszne wnioski.
— Lewa ręka… — poruszyła nią ostrożnie i od razu pożałowała tej decyzji. — boli bardziej powierzchownie niż głęboko, ale jest bardzo gorąca i materiał przykleił się do skóry. Nie wiem czy to oparzenie czy tylko podrażnienie od temperatury.
Przełknęła ślinę, próbując nawilżyć gardło zdarte od kaszlu.
— Mam też kilka rozcięć. Twarz dostała ułamkami, coś lepkiego spływało mi przy szczęce, ale nie sprawdzałam.. I…— zawahała się — i… trochę dymu. —
Zawiesiła głos na dobre, niepewna jak ująć kolejne słowa.
— Kaszlę tak jak wszyscy dookoła. Ciężko mi też złapać pełny oddech i… — urwała, marszcząc brwi mocniej — płuca nie bolą konkretnie, bardziej mam wrażenie jakby ktoś obłożył je mokrym filcem. Ale zawsze miałam z nimi problem.
Spojrzała w kierunku pani uzdrowiciel z odrobinę mniejszą pewności siebie.
— Nie widzę dobrze na oczy. Pieką, zakładam że od dymu. Chyba nie szkła— wtedy wyłaby z bólu, a nie po prostu skrzeczała jak rozdrażniona żaba — nie chcę nikomu zabierać tu miejsca. Prosiłabym tylko o dezynfekcję i zabezpieczenie ran.
Dopiero kiedy dotarła do niej kakofonia szpitalnych hałasów — ciężkie kroki, nerwowo podniesione głosy, szczękanie metalu i szczególnie krewki pośpiechu, który nie pozostawiał miejsca na grzeczność — poczuła nieprzyjemny ucisk pod mostkiem.
Nie powinna tu być. Zajmowała miejsce komuś, kto naprawdę potrzebował opieki. Przecież ktoś miał pewnie mniej odłamków. Więcej krwi. Mniej oddechu.
Ale zanim zdążyła podjąć jakąkolwiek decyzję, stanęła przed nią ona.
— L-lorraine?
Wyszeptała pod nosem, na tyle cicho, że najprawdopodobniej nikt inny nie wyłapał tego co prześlizgnęło się pomiędzy rozedrganymi wargami. Lorraine nie była tak wysoka, Lorraine nie pracowała w szpitalu, acz widząc poświatę anielskiej, jasnej plamy, od razu pomyślała o pięknej Malfoyównie.
— Septima, Ollivander — wychrypiała uzdrowicielce i skinęła głową odruchowo, bo najwyraźniej nawet sytuacja kryzysowa nie była wystarczającym argumentem, żeby porzucić dobre maniery.
— Pękła szyba. Byłam wtedy w budynku. — odpowiedziała po chwili i zmarszczyła lekko brwi, próbując poskładać własne ciało i obrażenia w logiczną formułę — dostałam odłamkami i upadłam. Chyba… straciłam na chwilę przytomność. Może na kilka sekund.
Nie była pewna czy świadomość odcięła ją od urazu głowy czy od szoku wybuchu. Zależało jej na przedstawieniu wszystkich faktów rzeczowo i uważnie, tak aby uzdrowicielka sama wyłuskała słuszne wnioski.
— Lewa ręka… — poruszyła nią ostrożnie i od razu pożałowała tej decyzji. — boli bardziej powierzchownie niż głęboko, ale jest bardzo gorąca i materiał przykleił się do skóry. Nie wiem czy to oparzenie czy tylko podrażnienie od temperatury.
Przełknęła ślinę, próbując nawilżyć gardło zdarte od kaszlu.
— Mam też kilka rozcięć. Twarz dostała ułamkami, coś lepkiego spływało mi przy szczęce, ale nie sprawdzałam.. I…— zawahała się — i… trochę dymu. —
Zawiesiła głos na dobre, niepewna jak ująć kolejne słowa.
— Kaszlę tak jak wszyscy dookoła. Ciężko mi też złapać pełny oddech i… — urwała, marszcząc brwi mocniej — płuca nie bolą konkretnie, bardziej mam wrażenie jakby ktoś obłożył je mokrym filcem. Ale zawsze miałam z nimi problem.
Spojrzała w kierunku pani uzdrowiciel z odrobinę mniejszą pewności siebie.
— Nie widzę dobrze na oczy. Pieką, zakładam że od dymu. Chyba nie szkła— wtedy wyłaby z bólu, a nie po prostu skrzeczała jak rozdrażniona żaba — nie chcę nikomu zabierać tu miejsca. Prosiłabym tylko o dezynfekcję i zabezpieczenie ran.
Kocham drewno i duże bicepsy.