16.06.2026, 07:36 ✶
– Niech będą gwoździe i różowa sól – roześmiał się Chris, obejmując ją na moment w pasie, kiedy przesunęła dłonią po jego ramieniu. Mogli ją przetestować, kto wie, może okaże się niesamowicie skuteczna, bo żaden łowca potworów dotąd nie wpadł na to, żeby użyć tej różowej? Ktoś tam kiedyś mu ją zachwalał, że jest jakaś czystsza, więc… Może czystsza sól lepiej działa na potwory.
Wsunął się za kierownicę i włączył muzykę. Czekała ich długa podróż.
*
Samhain. Beltane. Gdyby nie ta regularność, byłby przekonany, że mają do czynienia z seryjnym mordercą albo jakimś potworem ukrywającym się jako człowiek w wiosce, zwłaszcza że nigdy nie znaleziono też samochodów. Ale ktoś wybierał dwa święta, bardzo od siebie różne, ale charakteryzujące się tym, że granice były wtedy cienkie. Złowrogi duch? A może element jakichś rytuałów? Mieli póki co za mało informacji, choć Victoria przetrząsnęła wycinki prasowe i archiwa na temat pobliskiej wioski (podobno okolica miała zdumiewająco wręcz żyzną ziemię, i hodowano tu trochę rzadkich roślin) oraz zaginionych. Chris nie lubił takich mało oczywistych spraw, głównie dlatego, że gdy wiedzieli, z czym mają do czynienia, znacznie łatwiej było odgadnąć, czym potwora zabić.
– To ciekawe o tyle, że zwykle samochody też znikały – mruknął, zwalniając i zablokowując wszystkie drzwi, zanim się zatrzymał, kilkanaście metrów za porzuconym samochodem. Nawyk, i to zrodzony nie tylko z powodu potworów – te zresztą lubiły wybijać okna, i po ostatnim razie wstawili specjalne, wzmocnione szyby na zamówienie – ale też ludzi, bo w niektórych miejscach lepiej było nie stawać nawet na czerwonym świetle. A porzucone auta czy ktoś proszący o pomoc przy drodze równie dobrze mógł być zagubionym duchem, jak przynętą, bo zupełnie ludzki gang czekał w krzakach.
Między innymi dlatego dość powoli minął samochód. Zerkał czy nikt w nim nie siedzi, czy nie dostrzeże kogoś (albo czegoś) wśród wyrośniętego zboża. Albo czy na ulicy nie rozłożono jakichś kolców.
Jeśli tak, to kogoś mogła czekać niespodzianka, bo Chris wyciągnął broń i na wszelki wypadek ją odbezpieczył, upewnił się, że w razie potrzeby szybko zdoła dobyć sztyletu, a latarka jest w kieszeni i pchnął drzwi. Nie gasił silnika ani świateł, przynajmniej jeszcze nie.
Nikt się na niego nie rzucił, ani gdy wyszedł, ani gdy podszedł do auta i obszedł je ze wszystkich stron. Przyświecił latarką na opony, oglądając je przez chwilę na klęczkach, a potem wstał, i minę miał ponurą.
– Dwie przebite opony. W jednej widzę gwóźdź.
Nie na tyle, by od razu odmówiła posłuszeństwa: a by w miarę jazdy uchodziło z niej powietrze. Gdyby to była jedna, można by mówić o przypadku. I pewnie z jedną pasażerowie daliby sobie radę. Ale mało kto wozi ze sobą dwie zapasowe opony.
I dwie nie są przypadkiem.
Co więcej gwoździ w opony nie wbijały potwory…
Wsunął się za kierownicę i włączył muzykę. Czekała ich długa podróż.
*
Samhain. Beltane. Gdyby nie ta regularność, byłby przekonany, że mają do czynienia z seryjnym mordercą albo jakimś potworem ukrywającym się jako człowiek w wiosce, zwłaszcza że nigdy nie znaleziono też samochodów. Ale ktoś wybierał dwa święta, bardzo od siebie różne, ale charakteryzujące się tym, że granice były wtedy cienkie. Złowrogi duch? A może element jakichś rytuałów? Mieli póki co za mało informacji, choć Victoria przetrząsnęła wycinki prasowe i archiwa na temat pobliskiej wioski (podobno okolica miała zdumiewająco wręcz żyzną ziemię, i hodowano tu trochę rzadkich roślin) oraz zaginionych. Chris nie lubił takich mało oczywistych spraw, głównie dlatego, że gdy wiedzieli, z czym mają do czynienia, znacznie łatwiej było odgadnąć, czym potwora zabić.
– To ciekawe o tyle, że zwykle samochody też znikały – mruknął, zwalniając i zablokowując wszystkie drzwi, zanim się zatrzymał, kilkanaście metrów za porzuconym samochodem. Nawyk, i to zrodzony nie tylko z powodu potworów – te zresztą lubiły wybijać okna, i po ostatnim razie wstawili specjalne, wzmocnione szyby na zamówienie – ale też ludzi, bo w niektórych miejscach lepiej było nie stawać nawet na czerwonym świetle. A porzucone auta czy ktoś proszący o pomoc przy drodze równie dobrze mógł być zagubionym duchem, jak przynętą, bo zupełnie ludzki gang czekał w krzakach.
Między innymi dlatego dość powoli minął samochód. Zerkał czy nikt w nim nie siedzi, czy nie dostrzeże kogoś (albo czegoś) wśród wyrośniętego zboża. Albo czy na ulicy nie rozłożono jakichś kolców.
Jeśli tak, to kogoś mogła czekać niespodzianka, bo Chris wyciągnął broń i na wszelki wypadek ją odbezpieczył, upewnił się, że w razie potrzeby szybko zdoła dobyć sztyletu, a latarka jest w kieszeni i pchnął drzwi. Nie gasił silnika ani świateł, przynajmniej jeszcze nie.
Nikt się na niego nie rzucił, ani gdy wyszedł, ani gdy podszedł do auta i obszedł je ze wszystkich stron. Przyświecił latarką na opony, oglądając je przez chwilę na klęczkach, a potem wstał, i minę miał ponurą.
– Dwie przebite opony. W jednej widzę gwóźdź.
Nie na tyle, by od razu odmówiła posłuszeństwa: a by w miarę jazdy uchodziło z niej powietrze. Gdyby to była jedna, można by mówić o przypadku. I pewnie z jedną pasażerowie daliby sobie radę. Ale mało kto wozi ze sobą dwie zapasowe opony.
I dwie nie są przypadkiem.
Co więcej gwoździ w opony nie wbijały potwory…