16.06.2026, 22:47 ✶
Timmy przyjęła ze szczerym rozbawieniem ten bananowy ambaras i nie miała zamiaru udawać, że jest za dorosła i za poważna na tego typu owocowe epizody.
— Ciiii — uciszyła go, muskając palcem jego usta, nim jeszcze bardziej zdążył rozwinąć myśl — żadne magnum opus. Ale jest powód ich istnienia. Zaraz ci opowiem, jeśli będziesz chciał.
Nie zamierzała robić z tego tajemnicy, ale okoliczności i własne rozkojarzenie były zbyt poplątane, by streścić je w kilku słowach. A może wcale nie były, tylko Timmy nie potrafiła lakonicznie opowiadać historii.
— Pamiętam — przytaknęła lekko, nie prosząc nigdy o rozwinięcie niewygodnego wątku tajemniczej ciotki — Samuel wspominał mi co nieco o Kniei, co dało mi do myślenia, że może powinnam w końcu przyjrzeć się tamtejszemu drewnu. Zobaczymy.
Wzruszyła ramionami, nie dzieląc się resztą myśli z Levim. Jej kniejne zamiary były pomysłem zupełnie spontanicznym i wynikającym bardziej z przypadkowego zbioru ciekawych informacji, niż z szeroko przeprowadzonych badań.
— Zaraz… pikującym lichem — powtórzyła po nim, zawieszając akcent na głoskach drugiego słowa — mogę mieć tylko nadzieję, że to nie jest nowa kandydatka na twoją przyszłą wybrankę, Levi. Chociaż kto was tam Rowle’ów wie.
Nie bała się wracać do tematu nieszczęsnej kuzynki, mimo iż, cała ta sytuacja przyprawiła ją o niestrawność żołądka, jeszcze niespełna kilka tygodni temu. Nie łudziła się, że jego rodzice nie powrócą z nową propozycją, ale nie podejrzewała ich o aranżowanie zaręczyn miesiąc po tych zerwanych. Chyba, że zależało im na skandalu, ale Ollivander nie zamierzała zagłębiać się w polityki wielkich rodów.
— Nie patrz tak na mnie… — wycedziła defensywnie, zamawiając grzańca z dodatkowym szotem ognistej — wujostwo miało pilne sprawy, co sprawiło, że ich prawie w ogóle nie było na miejscu. Zastałam tylko jedną z moich kuzynek i inne członkinie kowenu. Nikt z młodego pokolenia nie pije tam alkoholu, nawet lokalnego araku… — pokręciła głową z dezaprobatą kogoś, kto chciał udawać fajniejszego, niż nim w rzeczywistości był — odurzają się innymi rzeczami. Shishę już znasz — z wodnych fajek razem korzystali niejednokrotnie — z haszyszem już się nie ukrywają. No i coś dla mnie zupełnie nowego, opium umieszczone w mieszance ziół. Nie, nie próbowałam— uprzedziła od razu, unosząc obie dłonie w obronnym geście, niemal jak rzezimieszek zatrzymany przez BUMowca. — Odurzały się tym zazwyczaj tuż po skończonych intensywnych godach. Wyglądało to tak, jakby w końcu… pozwalały sobie na sen.
Jej spojrzenie ze skupionego rozwijaniem historii, przeistoczyło się w zmiękczoną kobiecymi sentymentami troskę. Pomyślała o jego wieloletniej walce z bezsennością; o szarawych fałdach zmęczenia uformowanymi pod oczami, nierzadko witającymi ją o poranku. O jego sylwetce zatopionej gdzieś w kolorycie krajobrazu, kiedy tylko zdarzało jej się przebudzić w środku nocy i wyjść poza własny pokój, tchnięta nieopisanym przeczuciem, niżeli uzasadnioną obawą.
— Cóż, historię mam, ale nie wiem czy cię zadowoli. Tak jak wspominałam, wujostwa nie było— kontynuowała niepewnie, ciepły kubek z trunkiem obracając w dłoniach niczym wróżbiarską kulę — przez moją kuzynkę Lamis, tak tą od tamtej głośnej orgii pod naszym oknem kilka lat temu — uśmiechnęła się krzywo — zostałam siłą zapędzona do obrządków ich kowenu. Wiesz…— nachyliła się ku niemu, ściszając stopniowo głos — ostatnia Litha zostawiła u mnie niesmak. Wiem, że czujesz się podobnie.
Coś co ich z pewnością do tej pory łączyło, to ambiwalentny, stosunkowo stonowany stosunek do religii.
— Gdybyś mnie zapytał, co tam właściwie robiłyśmy, nie miałabym ci nic ciekawego do powiedzenia. Kobiety kowenu siedziały razem. Modliły się. Śpiewały. Ktoś palił — nie wiem co, chyba zwykły tytoń. Było duszno. Nic, czego nie widziałoby się w innych miejscach na sabatach. Drugiego dnia obrządków, wszystkie kobiety przyszły w czarnych welonach, a potem Lamis bez wyjaśnienia zarzuciła na mnie biały. Nie jestem pewna, ale naprawdę nic się nie wydarzyło. Nie próbuję powiedzieć, że coś zobaczyłam. Nie zobaczyłam. Nie miałam żadnego olśnienia. Nie zrobiło mi się słabo. Cóż… może trochę. Ale nie usłyszałam głosów. Nawet teraz brzmi to tak, jakbym próbowała dorobić znaczenie do czegoś, co było zwykłym kawałkiem materiału…? Tylko…nie wiem. Czuję się inaczej. A to był dopiero drugi, z trzech obrządków. O trzecim już nie wspomnę.
Zanurzyła ponownie usta w gorzałce, jakby oczyszczała usta z słów pozbawionych sensu. Wypijała swojego grzańca w nieprzyzwoicie szybkim tempie.
— Zdaję sobie sprawę, że brzmi to idiotycznie. Ale od tamtego czasu gubię myśli szybciej niż zwykle. Jestem niespokojna. Nawet zapomniałam o tych głupich bananach. Coś jest nie tak. Ale tego nie rozumiem. — pozwoliła pauzie okrasić ostatnie zdanie, zanim przygotowała się do kolejnego wyznania. — Nikomu jeszcze o tym nie powiedziałam.
Przesłoniła twarz obiema dłońmi w geście wewnętrznego zakłopotania.
— Może tracę rozum.
Słowa wybrzmiały zbyt poważnie, niż planowała, więc opuściła dłonie i parsknęła krótko, bez cienia wesołości. Przekręciła głową w niezgodzie z samą sobą.
Ach. Nie powiedziała mu jeszcze jednego.
— Wiesz co? Tak. Tęskniłam — powiedziała na koniec, bez cienia kokieterii.
Przez jej oblicze przemknął ciepły uśmiech, ale kąciki ust szybko opadły w znajome zamyślenie.
— Ciiii — uciszyła go, muskając palcem jego usta, nim jeszcze bardziej zdążył rozwinąć myśl — żadne magnum opus. Ale jest powód ich istnienia. Zaraz ci opowiem, jeśli będziesz chciał.
Nie zamierzała robić z tego tajemnicy, ale okoliczności i własne rozkojarzenie były zbyt poplątane, by streścić je w kilku słowach. A może wcale nie były, tylko Timmy nie potrafiła lakonicznie opowiadać historii.
— Pamiętam — przytaknęła lekko, nie prosząc nigdy o rozwinięcie niewygodnego wątku tajemniczej ciotki — Samuel wspominał mi co nieco o Kniei, co dało mi do myślenia, że może powinnam w końcu przyjrzeć się tamtejszemu drewnu. Zobaczymy.
Wzruszyła ramionami, nie dzieląc się resztą myśli z Levim. Jej kniejne zamiary były pomysłem zupełnie spontanicznym i wynikającym bardziej z przypadkowego zbioru ciekawych informacji, niż z szeroko przeprowadzonych badań.
— Zaraz… pikującym lichem — powtórzyła po nim, zawieszając akcent na głoskach drugiego słowa — mogę mieć tylko nadzieję, że to nie jest nowa kandydatka na twoją przyszłą wybrankę, Levi. Chociaż kto was tam Rowle’ów wie.
Nie bała się wracać do tematu nieszczęsnej kuzynki, mimo iż, cała ta sytuacja przyprawiła ją o niestrawność żołądka, jeszcze niespełna kilka tygodni temu. Nie łudziła się, że jego rodzice nie powrócą z nową propozycją, ale nie podejrzewała ich o aranżowanie zaręczyn miesiąc po tych zerwanych. Chyba, że zależało im na skandalu, ale Ollivander nie zamierzała zagłębiać się w polityki wielkich rodów.
— Nie patrz tak na mnie… — wycedziła defensywnie, zamawiając grzańca z dodatkowym szotem ognistej — wujostwo miało pilne sprawy, co sprawiło, że ich prawie w ogóle nie było na miejscu. Zastałam tylko jedną z moich kuzynek i inne członkinie kowenu. Nikt z młodego pokolenia nie pije tam alkoholu, nawet lokalnego araku… — pokręciła głową z dezaprobatą kogoś, kto chciał udawać fajniejszego, niż nim w rzeczywistości był — odurzają się innymi rzeczami. Shishę już znasz — z wodnych fajek razem korzystali niejednokrotnie — z haszyszem już się nie ukrywają. No i coś dla mnie zupełnie nowego, opium umieszczone w mieszance ziół. Nie, nie próbowałam— uprzedziła od razu, unosząc obie dłonie w obronnym geście, niemal jak rzezimieszek zatrzymany przez BUMowca. — Odurzały się tym zazwyczaj tuż po skończonych intensywnych godach. Wyglądało to tak, jakby w końcu… pozwalały sobie na sen.
Jej spojrzenie ze skupionego rozwijaniem historii, przeistoczyło się w zmiękczoną kobiecymi sentymentami troskę. Pomyślała o jego wieloletniej walce z bezsennością; o szarawych fałdach zmęczenia uformowanymi pod oczami, nierzadko witającymi ją o poranku. O jego sylwetce zatopionej gdzieś w kolorycie krajobrazu, kiedy tylko zdarzało jej się przebudzić w środku nocy i wyjść poza własny pokój, tchnięta nieopisanym przeczuciem, niżeli uzasadnioną obawą.
— Cóż, historię mam, ale nie wiem czy cię zadowoli. Tak jak wspominałam, wujostwa nie było— kontynuowała niepewnie, ciepły kubek z trunkiem obracając w dłoniach niczym wróżbiarską kulę — przez moją kuzynkę Lamis, tak tą od tamtej głośnej orgii pod naszym oknem kilka lat temu — uśmiechnęła się krzywo — zostałam siłą zapędzona do obrządków ich kowenu. Wiesz…— nachyliła się ku niemu, ściszając stopniowo głos — ostatnia Litha zostawiła u mnie niesmak. Wiem, że czujesz się podobnie.
Coś co ich z pewnością do tej pory łączyło, to ambiwalentny, stosunkowo stonowany stosunek do religii.
— Gdybyś mnie zapytał, co tam właściwie robiłyśmy, nie miałabym ci nic ciekawego do powiedzenia. Kobiety kowenu siedziały razem. Modliły się. Śpiewały. Ktoś palił — nie wiem co, chyba zwykły tytoń. Było duszno. Nic, czego nie widziałoby się w innych miejscach na sabatach. Drugiego dnia obrządków, wszystkie kobiety przyszły w czarnych welonach, a potem Lamis bez wyjaśnienia zarzuciła na mnie biały. Nie jestem pewna, ale naprawdę nic się nie wydarzyło. Nie próbuję powiedzieć, że coś zobaczyłam. Nie zobaczyłam. Nie miałam żadnego olśnienia. Nie zrobiło mi się słabo. Cóż… może trochę. Ale nie usłyszałam głosów. Nawet teraz brzmi to tak, jakbym próbowała dorobić znaczenie do czegoś, co było zwykłym kawałkiem materiału…? Tylko…nie wiem. Czuję się inaczej. A to był dopiero drugi, z trzech obrządków. O trzecim już nie wspomnę.
Zanurzyła ponownie usta w gorzałce, jakby oczyszczała usta z słów pozbawionych sensu. Wypijała swojego grzańca w nieprzyzwoicie szybkim tempie.
— Zdaję sobie sprawę, że brzmi to idiotycznie. Ale od tamtego czasu gubię myśli szybciej niż zwykle. Jestem niespokojna. Nawet zapomniałam o tych głupich bananach. Coś jest nie tak. Ale tego nie rozumiem. — pozwoliła pauzie okrasić ostatnie zdanie, zanim przygotowała się do kolejnego wyznania. — Nikomu jeszcze o tym nie powiedziałam.
Przesłoniła twarz obiema dłońmi w geście wewnętrznego zakłopotania.
— Może tracę rozum.
Słowa wybrzmiały zbyt poważnie, niż planowała, więc opuściła dłonie i parsknęła krótko, bez cienia wesołości. Przekręciła głową w niezgodzie z samą sobą.
Ach. Nie powiedziała mu jeszcze jednego.
— Wiesz co? Tak. Tęskniłam — powiedziała na koniec, bez cienia kokieterii.
Przez jej oblicze przemknął ciepły uśmiech, ale kąciki ust szybko opadły w znajome zamyślenie.
Kocham drewno i duże bicepsy.