18.06.2026, 05:35 ✶
– To zależy… jeśli szli by w stronę, w którą jechali owszem, ale może zawrócili do wioski? I ktoś dopadł ich po drodze, a potem zawrócił… – zastanowił się jeszcze Chris, zanim ruszył w stronę miasteczka właśnie, by chwilę później wpaść na spanikowaną kobietę.
– On… on… on ma kosę… i jest wielki – wybełkotała kobieta, głosem kogoś w skrajnej panice. Oboje już spotkali takie osoby. I łatwo było odgadnąć, że być może widziała coś, co jej umysł wypierał – albo o czym nie chciała mówić, bo nie sądziła, że ktoś jej uwierzy. – Koła… koła są pęknięte… on się dostanie do środka… – jęknęła i rozpłakała się. Victoria mogła zawsze wepchnąć ją po prostu na tylne siedzenie ich auta, albo zostawić przy drodze w nadziei, że jednak nie postanowi biegać pośród zboża.
Chris tymczasem ruszył w stronę źródła krzyku. Bieg przez bole zboża okazał się koszmarnie trudny, nawet jeśli wzrost sprawiał, że odrobinę większość kłosów przerastał. W ostatniej chwili zrobił unik, gdy ktoś wybiegł z przeciwnej strony: mężczyzna krzyknął i przewrócił się, jak wcześniej kobieta, a potem krzyknął znowu.
– Chcę pomóc! – krzyknął Chris, a i ten krzyk, i te wcześniejsze, pełne przerażenia, mogły wyłapać uszy Victorii. Dopadł do mężczyzny i choć ten w pierwszym odruchu się wyrywał, chwycił go i postawił na nogi, a potem pociągnął ku drodze.
Zboże szeleściło. Coś przedzierało się ku nim. Chris popchnął mężczyznę, odwrócił się i dostrzegł coś wielkiego, większego nawet od niego, a przecież bogowie nie poskąpili mu wzrostu, dziwne nakrycie na głowie, kosę. Strzelił niemal na ślepo, dwa razy, bo nie wiedział, co to jest, ale na pewno nie człowiek, a potem pobiegł ku drodze. Bo cholera, wyglądało na to, że srebrne kule to za mało, by to coś zatrzymać. Nawet nie zwolnił…
– Do samochodu! Victoria, gdzie jesteś?! – zawołał, gdy wypadali z powrotem na asfalt, on i przerażony człowiek. Na całe szczęście nie wyłączył silnika.
Nie oglądał się, za to Victoria w blasku rzucanym przez światła impali, mogła zauważyć, że…
Chrisa i tego drugiego goniło coś, co bardzo przypominało stracha na wróble. Wielkiego, przerośniętego, z bardzo, bardzo wielką i ostrą kosą.
– On… on… on ma kosę… i jest wielki – wybełkotała kobieta, głosem kogoś w skrajnej panice. Oboje już spotkali takie osoby. I łatwo było odgadnąć, że być może widziała coś, co jej umysł wypierał – albo o czym nie chciała mówić, bo nie sądziła, że ktoś jej uwierzy. – Koła… koła są pęknięte… on się dostanie do środka… – jęknęła i rozpłakała się. Victoria mogła zawsze wepchnąć ją po prostu na tylne siedzenie ich auta, albo zostawić przy drodze w nadziei, że jednak nie postanowi biegać pośród zboża.
Chris tymczasem ruszył w stronę źródła krzyku. Bieg przez bole zboża okazał się koszmarnie trudny, nawet jeśli wzrost sprawiał, że odrobinę większość kłosów przerastał. W ostatniej chwili zrobił unik, gdy ktoś wybiegł z przeciwnej strony: mężczyzna krzyknął i przewrócił się, jak wcześniej kobieta, a potem krzyknął znowu.
– Chcę pomóc! – krzyknął Chris, a i ten krzyk, i te wcześniejsze, pełne przerażenia, mogły wyłapać uszy Victorii. Dopadł do mężczyzny i choć ten w pierwszym odruchu się wyrywał, chwycił go i postawił na nogi, a potem pociągnął ku drodze.
Zboże szeleściło. Coś przedzierało się ku nim. Chris popchnął mężczyznę, odwrócił się i dostrzegł coś wielkiego, większego nawet od niego, a przecież bogowie nie poskąpili mu wzrostu, dziwne nakrycie na głowie, kosę. Strzelił niemal na ślepo, dwa razy, bo nie wiedział, co to jest, ale na pewno nie człowiek, a potem pobiegł ku drodze. Bo cholera, wyglądało na to, że srebrne kule to za mało, by to coś zatrzymać. Nawet nie zwolnił…
– Do samochodu! Victoria, gdzie jesteś?! – zawołał, gdy wypadali z powrotem na asfalt, on i przerażony człowiek. Na całe szczęście nie wyłączył silnika.
Nie oglądał się, za to Victoria w blasku rzucanym przez światła impali, mogła zauważyć, że…
Chrisa i tego drugiego goniło coś, co bardzo przypominało stracha na wróble. Wielkiego, przerośniętego, z bardzo, bardzo wielką i ostrą kosą.