20.06.2026, 15:52 ✶
Brian spoglądał na Victorię z zagubieniem, jakby próbował sobie w głowie ułożyć puzzle, ale te nie chciały pasować uparcie do układanki. Bo faktycznie, stwór był za duży na przebranie. Bardzo ciężko było mu jednak zaakceptować istnienie wielkiego, ruchomego stracha na wróble. Z kosą w dodatku. Istniała spora szansa, że w blasku dnia jakoś to sobie zracjonalizuje, wymyśli jakieś wyjaśnienia, ale teraz… teraz wydawał się po prostu przerażony.
– Tak… tak w aucie damy radę? – spytał w końcu cicho, jakby spokorniały, ale nie protestował, jeśli Victoria chciała, by wziął się za oczyszczanie rany albo podała mu rękę. W świetle zapalonym przez Chrisa wyglądała paskudnie, i to mimo tego, że chyba uskoczył: znajdowała się z boku, była długa, zadana bez wątpienia czymś ostrym… i można by się zastanawiać czym, gdyby Victoria nie widziała kosy.
Jeśli byłby trochę wolniejszy, zapewne nie miałby ręki.
– To znaczy, że mieszkańcy rzucają na pożarcie ludzi… temu czemuś? – zapytała piskliwym głosem kobieta, trzęsąc się jak osika. – Że byli inni? To trzeba gdzieś zgłosić! Policja…
- …zapewne niewiele uzyska – przypomniał Chris. – Umówmy się, że pozwolicie nam działać, dobrze? Możecie zostawić nam swój numer, jeśli nie odezwiemy się do jutra w nocy, idźcie na policję. Ale jak podjadą tu na sygnałach, o ile w ogóle wam uwierzą, to winni tylko się przyczają.
– Jest was dwoje. Kobieta i mężczyzna – powiedział Brian. Niby oczywiste, ale chyba właśnie wykazywał się pewną przytomnością umysłu. – Czy jeśli tam pojedziecie, nie spróbują…
Tu urwał, jakby samo wypowiedzenie tych słów było dla niego już zbyt straszne i nie chciały mu przejść przez gardło. Chris nie obrócił się, ale na jego wargach zamajaczył uśmiech, gdy wpatrywał się w ciemność przed nimi.
– Na pewno spróbują.
*
- Chcę, żeby jedna rzecz była absolutnie jasna… - zaczął Chris, gdy niedoszłe ofiary wytoczyły się z tylnego siedzenia i zostali w aucie sami. Zabębnił palcami w kierownicę. - Nie zgadzam się na żadne gwoździe w oponach naszego auta.
Musieli zrobić badania na temat strachów na wróble. Zadzwonić do ich informatora, który mógł przejrzeć księgi w bibliotece, w której pracował i drugiego, który był specem od mitologii, bo chociaż wozili ze sobą kilka książek, i mogli do nich zajrzeć, to jednak nie całe stosy, musieli w końcu mieć pod ręką ubrania i broń. A najbliższa baza wypadowa znajdowała się dzień drogi stąd.
Ale potem, o świcie pewnie, pojadą do wioski, by udawać zagubionych podróżnych.
I ktoś przed odjazdem spróbuje uszkodzić im koła. A to przekraczało wszystkie granice Chrisa. Mógł walczyć z przerośniętym strachem na wróble, ale nie poświęci opon!
- Schowamy auto w zbożu, mam coś wrażenie, że ten stwór nie poluje za dnia, skoro trzymano ich po nocy. Pójdziemy piechotą i powiemy, że auto nawaliło przy głównej drodze albo coś… - zaproponował. Pomijając, że nie chciał, by ktoś zniszczył opony, lepiej aby w pobliżu mieli samochód, gdyby musieli szybko się ewakuować. – Co ty na to?
– Tak… tak w aucie damy radę? – spytał w końcu cicho, jakby spokorniały, ale nie protestował, jeśli Victoria chciała, by wziął się za oczyszczanie rany albo podała mu rękę. W świetle zapalonym przez Chrisa wyglądała paskudnie, i to mimo tego, że chyba uskoczył: znajdowała się z boku, była długa, zadana bez wątpienia czymś ostrym… i można by się zastanawiać czym, gdyby Victoria nie widziała kosy.
Jeśli byłby trochę wolniejszy, zapewne nie miałby ręki.
– To znaczy, że mieszkańcy rzucają na pożarcie ludzi… temu czemuś? – zapytała piskliwym głosem kobieta, trzęsąc się jak osika. – Że byli inni? To trzeba gdzieś zgłosić! Policja…
- …zapewne niewiele uzyska – przypomniał Chris. – Umówmy się, że pozwolicie nam działać, dobrze? Możecie zostawić nam swój numer, jeśli nie odezwiemy się do jutra w nocy, idźcie na policję. Ale jak podjadą tu na sygnałach, o ile w ogóle wam uwierzą, to winni tylko się przyczają.
– Jest was dwoje. Kobieta i mężczyzna – powiedział Brian. Niby oczywiste, ale chyba właśnie wykazywał się pewną przytomnością umysłu. – Czy jeśli tam pojedziecie, nie spróbują…
Tu urwał, jakby samo wypowiedzenie tych słów było dla niego już zbyt straszne i nie chciały mu przejść przez gardło. Chris nie obrócił się, ale na jego wargach zamajaczył uśmiech, gdy wpatrywał się w ciemność przed nimi.
– Na pewno spróbują.
*
- Chcę, żeby jedna rzecz była absolutnie jasna… - zaczął Chris, gdy niedoszłe ofiary wytoczyły się z tylnego siedzenia i zostali w aucie sami. Zabębnił palcami w kierownicę. - Nie zgadzam się na żadne gwoździe w oponach naszego auta.
Musieli zrobić badania na temat strachów na wróble. Zadzwonić do ich informatora, który mógł przejrzeć księgi w bibliotece, w której pracował i drugiego, który był specem od mitologii, bo chociaż wozili ze sobą kilka książek, i mogli do nich zajrzeć, to jednak nie całe stosy, musieli w końcu mieć pod ręką ubrania i broń. A najbliższa baza wypadowa znajdowała się dzień drogi stąd.
Ale potem, o świcie pewnie, pojadą do wioski, by udawać zagubionych podróżnych.
I ktoś przed odjazdem spróbuje uszkodzić im koła. A to przekraczało wszystkie granice Chrisa. Mógł walczyć z przerośniętym strachem na wróble, ale nie poświęci opon!
- Schowamy auto w zbożu, mam coś wrażenie, że ten stwór nie poluje za dnia, skoro trzymano ich po nocy. Pójdziemy piechotą i powiemy, że auto nawaliło przy głównej drodze albo coś… - zaproponował. Pomijając, że nie chciał, by ktoś zniszczył opony, lepiej aby w pobliżu mieli samochód, gdyby musieli szybko się ewakuować. – Co ty na to?