21.06.2026, 15:14 ✶
Szczęśliwie był zmęczony, tym przyjemnym fizycznym zmęczeniem.
Wampirze ciało funkcjonowało nieco inaczej, umysł z resztą podobnie, ale i tak Gabriel, który z zaangażowaniem dotykał trawy i ziemi, był innym Gabrielem, który w szaleństwie zrywał tapety ze ścian jadalnii panny Rosewood.
Jadalni, której koniec końców jeszcze nie wyremontował, szafki dopiero był zamówione, a i tak opactwo dysponowało niejednym pomieszczeniem, które mogło funkcję jadalni pełnić. Zupełnie jakby na tym stole lądowało ciało (za absolutną zgodą wspomnianego ciała), a nie… imbryczek z krwią.
Nie przewrócił oczyma na te… okoliczności poczęstunku. Każdy miał swój sposób by mierzyć się z wiecznością, każdy miał swoje preferencje przyjmowania posiłku, a Lucy zdawała się być szalenie cywilizowana w tej materii. Nie widział nigdy aby przebijała skórę zębami, czy choćby żeby w ogóle żywiła się z kogoś. Nie lubiła tego? Za krótko się znali, wciąż Gabriel nie wiedział na ile zadawać takie pytania i w ogóle nie wiedział jak zachować się w jej towarzystwie.
Ta niezręczność była prawdziwym piękłem.
– Podoba Ci się. – zapytał odbierając od niej "zestaw podarunkowy", ale w sumie nie był głodny, a już w ogóle nie był głodny na słodycze. To była zdecydowanie jej domena. Rozejrzał się więc, gdzie by odłożyć zestaw na potencjalne "za chwilę" i dostrzegł krzywiznę jednej z gałęzi, która zaburzała jego ogrodowe feng-shui. – Uh… wybacz… – bezceremonialnie oddał jej tackę i ruszył naprawiać swój błąd. I na prawdę NA PRAWDĘ nie chciał się zastanawiać, czy robi to dlatego, że ogród dla niej musiał być idealny, czy dlatego, że interakcja z roślinami pozostawała lwio łatwiejsza, niż próba "normalnej" rozmowy z kobietą, która odrzuciła jego zaręczyny.
I na prawdę NA PRAWDĘ nie miało to znaczenia, że był to sen, wytwór jego chorej z osamotnienia podświadomości, która próbowała jakkolwiek racjonalizować nienaturalne przywiązanie, jakie czuł do osoby, do której nie powinien tego czuć.
NA PRAWDĘ mógby się w końcu ogarnać.
Łopatka w ziemi i grzebanie pomiędzy korzeniami aby właściwie ustawić krzewik bez uszkodzenia systemu korzeniowego było o wiele prostszym zadaniem niż rozwikłanie tego emocjonalnego węzła.
Gdyby tylko istniała autohipnoza… Zdarzało mu się przecież już "leczyć" w przeszłości pacjentów z opdobnymi objawami.
Westchnął smutno, trochę zapominając, że Lucy stoi za nim. W końcu od tego miał tą pracę. Przez to dotykał trawy. Ziemi. By nie myśleć.
Wampirze ciało funkcjonowało nieco inaczej, umysł z resztą podobnie, ale i tak Gabriel, który z zaangażowaniem dotykał trawy i ziemi, był innym Gabrielem, który w szaleństwie zrywał tapety ze ścian jadalnii panny Rosewood.
Jadalni, której koniec końców jeszcze nie wyremontował, szafki dopiero był zamówione, a i tak opactwo dysponowało niejednym pomieszczeniem, które mogło funkcję jadalni pełnić. Zupełnie jakby na tym stole lądowało ciało (za absolutną zgodą wspomnianego ciała), a nie… imbryczek z krwią.
Nie przewrócił oczyma na te… okoliczności poczęstunku. Każdy miał swój sposób by mierzyć się z wiecznością, każdy miał swoje preferencje przyjmowania posiłku, a Lucy zdawała się być szalenie cywilizowana w tej materii. Nie widział nigdy aby przebijała skórę zębami, czy choćby żeby w ogóle żywiła się z kogoś. Nie lubiła tego? Za krótko się znali, wciąż Gabriel nie wiedział na ile zadawać takie pytania i w ogóle nie wiedział jak zachować się w jej towarzystwie.
Ta niezręczność była prawdziwym piękłem.
– Podoba Ci się. – zapytał odbierając od niej "zestaw podarunkowy", ale w sumie nie był głodny, a już w ogóle nie był głodny na słodycze. To była zdecydowanie jej domena. Rozejrzał się więc, gdzie by odłożyć zestaw na potencjalne "za chwilę" i dostrzegł krzywiznę jednej z gałęzi, która zaburzała jego ogrodowe feng-shui. – Uh… wybacz… – bezceremonialnie oddał jej tackę i ruszył naprawiać swój błąd. I na prawdę NA PRAWDĘ nie chciał się zastanawiać, czy robi to dlatego, że ogród dla niej musiał być idealny, czy dlatego, że interakcja z roślinami pozostawała lwio łatwiejsza, niż próba "normalnej" rozmowy z kobietą, która odrzuciła jego zaręczyny.
I na prawdę NA PRAWDĘ nie miało to znaczenia, że był to sen, wytwór jego chorej z osamotnienia podświadomości, która próbowała jakkolwiek racjonalizować nienaturalne przywiązanie, jakie czuł do osoby, do której nie powinien tego czuć.
NA PRAWDĘ mógby się w końcu ogarnać.
Łopatka w ziemi i grzebanie pomiędzy korzeniami aby właściwie ustawić krzewik bez uszkodzenia systemu korzeniowego było o wiele prostszym zadaniem niż rozwikłanie tego emocjonalnego węzła.
Gdyby tylko istniała autohipnoza… Zdarzało mu się przecież już "leczyć" w przeszłości pacjentów z opdobnymi objawami.
Westchnął smutno, trochę zapominając, że Lucy stoi za nim. W końcu od tego miał tą pracę. Przez to dotykał trawy. Ziemi. By nie myśleć.